Tak, jak Was poczytałam, to może i ja do historii porodowych dołączę.
W ciąży z Darią wylądowałam w 37 tygodniu ciąży, bo mój gin zauważył, że łożysko mam starsze, niż ciąża. Chodziłam prywatnie, w szpitalu miał mnie w d... Po kilku dniach na ktg małej zawęziła się oscylacja serca niemal do zera, a oni, to poczekamy i zobaczymy co później będzie. Ja wrzask, jakie później - nikt mnie nie słuchał. Zadzwoniłam do męża - przyjechał ja w ryk. I tak sobie beczę w tym szlafroku na korytarzu. Przechodziła młoda lekarka bez specjalizacji jeszcze i pyta co się stało. Powiedziałam, sprawdziła przepływy, jeszcze jedno ktg - lepsze - powiedziała, że jakby się nie poprawiło, to by na cc kierowała zaraz, ale tak to zostawia do decyzji kolegów rano.
A koledzy z obchodu: Koleżanka niepotrzebnie spanikowała. Jak Pani chce rodzić naturalnie - to proszę do Indii jechać, a jak cc to na Filipiny, bo tam na życzenie robią". Normalnie krew mnie zalała. Zaczęłam robić przysiady i biegać po schodach nałogowo z tymi dziewczynami co już po terminie i 6 dni później poród sn - mała mała 2690 z zasinionym łebkiem. Łożysko wyciągli mi ręcznie, bo już nie pracowało i się zwyczajnie wewnątrz mnie rozpadło. Przy porodzie była ta sama lekarka co wtedy na korytarzu. Wiecie co mi powiedziała? Że gdyby do porodu doszło 24h później, to mała, by już nie żyła, a Ci idioci czeli do terminu czekać!
Teraz to nie wiem gdzie będę rodzić - u nas w mieście jeden szpital, ale nic, najpierw 2 kreski, a potem pomyślimy.