Dziewczyny, pomocy. Mam problem i nie wiem, jak go rozwiązać, rozum mówi jedno, a serce drugie.
Wprowadzenie:
Mieliśmy mieszkać z teściami, na górze, osobne mieszkanie, nawet remont prawie skończyliśmy. Około tydzień po ślubie teściu nas wywalił. Tak w sumie bez powodu, a generalnie o pieniądze, bo nie zgodziliśmy się płacić za wszystko sami. W sensie sami cały opał, wodę itd. Teściowa nie powiedziała nic w obronie mojego męża, mnie to pal sześć, ale w jego, tylko zapytała się, co pierwsze spakuje. Mam do niej o to ogromny żal, bo to jej jedyne dziecko. Wyprowadziliśmy się w jeden dzień, ostatni raz rozmawiałam z nią tydzień po ślubie, właśnie wtedy, bardzo nieprzyjemna rozmowa swoją drogą.
A teraz... Ma jechać do sanatorium, mąż ją ma odwieźć. A mnie się nie chce siedzieć samej cały dzień w domu, jeszcze bym coś zobaczyła. Ale... No właśnie. Ona. I 160 km do pokonania. I tak się waham i nie wiem, jechać, czy nie. Bo przecież choćby na chrzcinach muszę się do niej odezwać jakoś...
