No więc tak jak pisała
Neciuszka... od paru dni leły się ze mnie jakieś wody... ale nie bolało więc to jakoś olewałam lekko mówiąc... no i po namowie Dziurki i Natki zadzwoniłam do gina... Zawołała mnie na wizyte a tam?

Szyjki prawie nie ma... miękka z odsłoniętym pęcherzem płodowym... Wody które leciały to wody płodowe ale z pierwszej warstwy pęcherza płodowego i reszta wciąż jest zamknięta w brzuchu. Moja gin spanikowała, kazała szybko jechać do szpitala... zabroniła mi nawet jechać po rzeczy... Na izbie zbadali mnie, miałam nieregularne skurcze i oczywiście mnie położyli... W nocy zaczęła się akcja porodowa - skurcze co 2-3 minuty, no i rozpaczliwa walka o zatrzymanie malucha w brzuchu! Nawet nie chce sobie przypominać co czułam, jak bolało i jak działały na mnie te przeklęte leki... około 4-5 w nocy akcja została zatrzymana i padłam jak kawka ze zmęczenia.
Rano zbadali mnie znowu, szyjka skróciła się niemal całkowicie ale na szczęście została zamknięta. Byłam faszerowana całą masą leków, zastrzyków itp. Musiałam leżeć, nawet jak siadałam to na mnie krzyczeli

Mały dostał sterydy w razie jakby się teraz urodził by mógł samodzielnie oddychać no i leżałam... Dzisiaj wzięli mnie znowu na badanie, szyjka bez zmian - nie ma jej... ale nic nie postępuje... pojedyncze skurcze macicy na KTG ale niegroźne. lekarz powiedział ze mały jest przygotowany na poród i nie ważne jest już kiedy to będzie. A czy będę leżeć w szpitalu czy w domu i brać leki to już obojętne. W razie porodu Konrad jest slny i dobrze rozwinięty, więc sobie poradzi. Więc teraz to już nie walka o życie a o jego mase, bo do 8 miesiąca co miało sie wykształcić jest wykształcone.
No więc wróciłam i leże jak worek... nie moge nic robić, tyle ze wstawać siku bo inaczej wróce do szpitala, teraz zaciskam nogi żeby mały choć do stycznia wytrzymał, bo teraz jestem jak bomba zegarowa
Dziękuje wszystkim za zainteresowanie, wsparcie i kciuki!