Hej dziewczyny, jestem tu nowa, to mój pierwszy wpis. Długo się wahałam czy napisać..
26 maja przeszłam zabieg łyżeczkowania po tym jak dzień wcześniej podczas wizyty u gin okazało się, że moim dzieciątkom przestały bić serduszka (ciąża bliźniacza 8 tydz). Po jednym dniu wyszłam ze szpitala, plamiłam, miałam lekkie bóle brzucha. Po paru dniach pojawiła się wysoka gorączka, wymioty, krwawienia z nosa, ale po konsultacji z moim gin kontynuowałam antybiotyk przepisany przez szpital i przeszło. Przez następne dni było wszystko ok. Po dwóch tygodniach miałam wrócić nawet do pracy, ale wtedy zaczął się horror.
Z czwartku na piątek przyszedł okropny ból brzucha i wymioty, utrzymywały się, ale w piątek to już jakaś masakra, do tego stopnia, że mąż wzywał karetkę.. A oni ... ketonal w zastrzyku i "proszę skontaktować się z ginekologiem". A mój ginekolog akurat na urlopie, a do tego weekend! Przetrzymałam jakoś do poniedziałku, ale w końcu pojechaliśmy do szpitala gdzie miałam robiony zabieg. Okazało się, że zostało we mnie dużo resztek, wdał się stan zapalny i musiałam mieć kolejny zabieg (14 czerwca)...
Po tym się unormowało, byłam na kontroli i jest wszystko ok. Mówię tu oczywiście o fizycznej stronie, bo psychicznie mam wrażenie że jestem coraz bardziej rozwalona. Zastanawiam się czy w poniedzałek wracać do pracy, czy dam rade...

Minęło już niby trochę czasu..
Mam pytanie, czy któraś miała taką sytuacje, że przeszła dwa zabiegi przy jednym poronieniu? Po jakim czasie starałyście się ponownie? Mi lekarz zalecił starania tak na listopad/grudzień dopiero, a to dla mnie wieczność...