• Przypominam, że dalej nasza forumowa mama potrzebuje Twojej pomocy 💖 Jeśli możesz wpłacić nawet drobną kwotę, to prosimy zrób to Kliknij

reklama

Starania po straconej ciąży

  • Starter tematu Starter tematu kalina
  • Rozpoczęty Rozpoczęty
reklama
Cześć dziewczynki. Ostatnie dni miałam sporo pracy więc bb czytałam "z grubsza", chyba nie będę już też nadganiać. W końcu to 30tc i gdy nie pracuję też chcę trochę od kompa odpocząć. Dzisiaj od rana praca a po południu przychodzą do nas znajomi na grilla więc także nie mam "nudnego" dnia. Eh, ja się chyba nigdy nie wyleżę - z drugiej strony, jakbym miała mieć wolne, to bym chyba na łeb dostała :-p
Trzymajcie się i zdrówka życzę wszystkim.
 
Fifka nie zgodze sie z Toba, tez mam swoj bagaz doswiadczen z pijakami i powiem Ci, ze zmusza sie ich do leczenia... a jak? Bardzo prosto kasy z MOPSu nie dostana jak nie bada sie leczyc, a jak juz dostana to przechlaja...i tak to dziala. Dlaczego my musimy sukac pomocy, czesto kobieta po stracie nie ma ochoty wychodzic z domu, a co dopiero latac i szukac, i kazdemu naswietlac swoje przejscia zeby wreszcie ktos ja odpowiednio skierowal, do tego terminy na wspomniamy NFZ sa koszmarnie dlugie i po takim czasie sama zdarzy sie pozbierac... Pijak ma prawie od reki... bo jest "chory", z pijakami tak jak z narkomanami sami ich usprawiedliwiamy, a prawda jest taka, ze to nie sa choroby... to jest ich wybor i sposob na zycie!!! Nikt sie nie rodzi alkoholikiem, czy cpunem, ba nikt kto sprobowal nie zostal nim od razu, to sa lata "pracy" na spierniczenie sobie i bliskim zycia!!! Beda chlali i cpali dopoki beda mieli nasze ciche przyzwolenie, a tym wlasnie jest nazywanie pijanstwa choroba... Pozdrawiam i szczerze wspolczuje dziecinstwa, bo pewnie mialysmy podobne i zapytam, czy Ty czujesz sie zagrozona "choroba"?, bo wg tego co mowia to my tez jestesmy narazone... Jak dobrze, ze glupota rodzicow nie jest dziedziczna;-)
Zapomnialam o dzieciach, ktore rodza sie z glodem narkotykowym, alkoholowym czy nikotynowym... One tego wyboru nie maja...
Tak samo jak kobiety roniace, ofiary raka i innych schorzen... Byloby lepiej nazywac rzeczy po imieniu, niz wmawiac im, ze sa "chorzy" i dawac usprawiedliwienie, a zarazem przyzwolenie na to co robia... a czemu tak jest? Bo najzwyczajniej w swiecie czujemy sie my jako spoleczenstwo lepiej, bardziej humanitarnie i wrecz super, bo pomagamy "slabszym" jednostka...
Powiem Ci tez, ze wspomniana przez Ciebie akcyza nie jest oplacana przez nich, a przez podatnikow bo malo ktory alkoholik pracuje kasa z MOPSu to sa pieniadze publiczne, woec nie mow mi, ze sami za to placa... znacznie lepiej by zrobili przeznaczajac te pieniadze na pokaza.ie ich dzieciom, ze mozna zyc inaczej, bez alkoholu czy dragow...dac im szanse na normalne zycie.
 
Ostatnia edycja:
Nie miałam doświadczenia z pijakami na szczęście... jakoś moją rodzinę to ominęło... tak więc nt temat się nie wypowiadam. Powiem jednak jak to u mnie było z sytuacją po poronieniu.... W pierwszej ciąży, może dlatego że straciłam ją tak wcześnie,że dla wielu to jeszcze ciążą nie było, to nikt nie pokazywał mi gdzie mogę pójść szukać pomocy... z perspektywy czasu nie wiem którą stratę bardziej przeżyłam. Pierwsza - była bardzo wczesna i trafiła na grunt który niczego się nie spodziewał. Czy ja wcześniej słyszałam o poronieniach, o tych wszystkich trudnościach? Jedynie znikome informacje, które rzecz jasna uznałam z góry za niemożliwe w moim przypadku. Tak więc jak się to stało, tzn jak się dowiedziałam od gin (która naiasem mówiąc 2tyg po tym jak stwierdziła u mnie pęcherzyk w macicy, odesłała mnie bez zdjęcia usg nawet do szpitala z podejrzeniem cp - więcej do niej nie poszłam!). Nie chcę wspominać jak mnie potraktowano w szpitalu, jaki opierdziel zebrałam za gin, która bez żadnych zdjęć i opisów mnie wysłała do szpitala.... a od kobiety która potwierdziła,że ściany pęcherzyka się zapadły i ciąży z tego nie będzie usłyszałam tylko: powinna się pani cieszyć, to nie cp. Na pewno urodzi Pani jeszcze dziecko, nie ma co rozpaczać.... Poronienie było samoistne, niby żadnych wielkich przejść, ale obawy pozostały.
Kolejna ciąża - pełna obaw od samego początku. Co będzie jak znów się sytuacja powtórzy? Minął etap poprzedniej straty, było chwilę lepiej... Chwilę.... Tydzień przed stwierdzeniem wady u mojego dziecka śniło mi się że obudziłam się leżąc we krwi, byłam wtedy u rodziców. Pojechałam do wujka ginekologa żeby sprawdził czy wszystko ok. Serducho biło, główka wyglądała normalnie - udało się jedynie zmierzyć NT, było ok. Nawet tato-przyszły dziadek, słyszał bicie serducha, poryczeliśmy się jak bobry! Byłam szczęśliwa. 12tc minął, NT ok - wszystko będzie dobrze!!! Nie mogłam się doczekać wizyty u mojej gin. To był 10 maja - okazało się że jest wada letalna, gin skierowała do kliniki. A tam już było zupełnie inaczej. Było niby trudniej niż za pierwszym razem - samo nic się nie zadziało. Musieliśmy zdecydować czy kontynuujemy ciążę czy ją przerywamy. Nie było łatwo... Ale... Nie naciskali, pokazywali jakie są opcje, dawali nam czas... Ściągali kolejnych specjalistów, którzy weryfikowali diagnozę. Niestety nie było szans na życie dla naszego dziecka. Nie byłoby się w stanie urodzić, nie dożyłoby porodu najprawdopodobniej.. W szpitalu jednak pomoc dostępna była z każdej strony-psycholog szpitalna rozmawiała ze mną nie raz, dała namiary na przyszłość, na terapię... Nie skorzystaliśmy bo dzięki S. udało mi się chyba pozbierać. Pogodziłam się ze stratą. Jedynie widok kobiet w ciąży i niemowlaków jeszcze sprawia,że się rozklejam i wściekam na świat. Ale czas leczy rany...
Wracając do tematu chciałam powiedzieć,że z tą pomocą dla roniących pewnie jest różnie w zależności od miejsca... Ja w samym wrocławiu napotkałam 2 diametralnie różne podejścia w 2 szpitalach. Klinika zasługuje na medal w tej kwestii! tak jak i Mój S. Bez niego nie chciałabym dalej z tym żyć.... A tak wiem,że mam dla kogo... ŻE MAM PO CO...
 
Ja z kolei nie zapomnę, jak szłam z koleżanką na USG, na którym miałam usłyszeć serduszko a go nie usłyszałam, uśmiechnięta, uradowana, niczego się nie spodziewająca, a tu jak grom z jasnego nieba...schodziłam po schodach od ginka i ryczałam, nie byłam w stanie nawet powiedzieć koleżance co powiedział mi lekarz. Potem obłędne czytanie w internecie, że może jest jeszcze szansa, bo może owulacja była później, a tydzień do następnego USG był wiecznością. Pomimo że tydzień później było dokładnie to samo, ja nadal nie mogłam uwierzyć że dziecko się nie rozwija, przecież jestem zdrowa, dobrze się odżywiam, objawy ciążowe są - to nie możliwe aby z moją ciążą było coś nie tak! A jednak...zabieg w szpitalu, nawet po zabiegu dalej biust mnie bolał tak że myślałam że oszaleję. Po zabiegu sikałam krwią, więc wizja że mi coś uszkodzili i nie będę mogła mieć więcej dzieci była ogromna - tym bardziej, że każą przed zabiegiem podpisać ten papier w którym informują że nawet macicę mogą usunąć...
Zabieg we wrześniu, pierwsze dwa miesiące myślałam że się nie pozbieram nigdy. Następne dwa niby trochę lżejsze, ale nadal bardzo ciężkie. Prawda jest taka, że pozbierałam się dopiero gdy zaszłam w drugą ciążę w styczniu...
Myślę że to jest trochę tak, że gdy kobieta roni na wczesnym etapie ciąży, nikt się nią nie zajmuje i nie przejmuje. Gdy roni w późniejszym czasie, może ktoś zaoferuje jej pomoc.
Ja swoją stratę przeżyłam bardzo ciężko, a nie wyobrażam sobie, co przeżywają kobiety gdy ronią drugi raz, bo mi się wydaje, że nie przeżyłabym. Czasami jak patrzę na sygnaturkę Myszki, i pomyślę sobie że właśnie ja jestem na tym etapie, i mogłabym teraz stracić ciążę - gdy już czuję te wszystkie kopniaki, humorki, czkawki, zastanawiam się jak wygląda moje maleństwo i powoli odliczam dni d porodu, to gdyby się teraz coś stało, nie wiem czy ja bym sobie czegoś nie zrobiła z rozpaczy.
Podsumowując: każda strata jest trudna, ale wydaje mi się że czym później następuje, tym ciężej jest. Podziwiam wszystkie kobiety które potrafią się z tego podnieść - ja marudzę że ciężko przeżyłam stratę, a co mają powiedzieć właśnie kobiety które przeżyły to więcej niż raz albo w późniejszym etapie ciąży. Codziennie modlę się aby poronień było jak najmniej - życie ludzkie jest prawdziwym cudem i nosić w sobie nowe istnienie to wspaniałe przeżycie, nie powinnyśmy musieć cierpieć z tego powodu.
 
Nanu ja nie poronilam ani jednej ciazy, nie musialam dokonywac tak trudnego wyboru... po porodzie owszem przyslali mi (z samego rana) babke z fundacji zajmujacej sie kobietami po stratach ciaz i dzieci, ktora dala mi mase ulotek, opowiadala jaka wspaniala pomoc moge uzyskac, ze zaden telefon nie pozostaje bez odzewu, ze powiadomiaja o ceremoniach na Polu Pamieci itd, itd... zadzwonilam tam po tygodniu chyba od porodu, chcialam umowic sie na termin wizyty i pogadac z psychologiem... i do dzis nieoddzwoniono, do dzis po 7 miesiacach ani jednej informacji nie mialam o Polu Pamieci (nawet, na ktorym pochowali nasza corcie)... jak to dziala w pl szczerze wiem tyle co tu od Was. O poronieniach slyszalam co nieco, ale o skrajnych przypadkach (to jeszcze z pl), ze jest to az tak nagminne w zyciu bym nie pomyslala... a psycholog, czy psychiatra w pl (po mobbingu mialam stany depresyjne) wiec jak poszlam zapisac sie na wizyte... poradzono mi isc prywatnie, bo pierwszy wolny termin byl za 2 lata...
Z teorii moge z czystym sumieniem powiedziec, ze to co uslyszalam w pierwszej dobie po #, cud malina...
z zycia ... opowiesci milej pani, byly wyssane z palca i nijak sie przelozyly na realia.
Podsumowujac, moj synek, moj M i to forum pomogly mi sie pozbierac, a jak bylo u Was to kazda wie najlepiej ;-)
 
Danutaski kochanie, nie mysl w ten sposob za bardzo przytlaczajace sa takie mysli, a Ty masz sie cieszyc, bo jak Ty sie usmiechasz to i Ninka sie lepiej czuje :-) no i nie glaskac za duzo brzunia ;-) choc korci jak cholera :-D
 
Myszko to nie jest tak że myślę i się dołuję. Czasami przychodzą takie refleksje. Mój lekarz powtarza mi że gdyby się dzieciątko teraz urodziło, to byłoby bardzo wczesnym wcześniakiem ale ma szansę na przeżycie. Więc mu wierzę. A brzusio głaszczę czasami - nie potrafię się powstrzymać - oprócz tego że dwukrotnie miałam problemy z napinaniem (raz przez wysiłek fizyczny, drugi raz przez stres) nic się nie dzieje, więc - o dziwo - jestem spokojna. Pomimo bólu żeberek ;-) czerpię przyjemność i delektuję się każdym dniem ciąży - to dla mnie czas wyjątkowy który mocno doceniam.
 
no to dobrze, ze nie myslisz tak, bo myslenie nam szkodzi ;-)
to juz 30 tydzien kochana, oby do 37, wtedy juz nie bedzie wczesniakiem ;-)
a w dzisiejszych czasach z ta cala aparatura i technika dzieciaczki rodzone w 22tc maja juz duze szanse przezyc, w 24 tc daja juz 70% szans.
 
reklama
Myszka bo widzisz... problem jest w tym ze ciężko jest wychwycić tych którzy faktycznie chcą się leczyć ale nałóg jest silniejszy od nich a tych o których ty piszesz. Bo to jest prawa... a dlaczego teraz becikowe dają tylko jeśli się chodzi regularnie do lekarza? Żeby przesiać te pijaczki które rodziły dzieci dla kasy którą przepijały... :-( porządni ludzie nie mają często dostępu do tej pomocy a pijacy i nieroby i owszem... smutne to jest ale prawdziwe...

Co do tego ze ludzie nie rodzą się jako alkoholicy itp. To prawda ale przez to ze mają jakieś problemy ze sobą w nie wpadają... często nawet nie zdając sobie nawet z tego sprawę.... Ja akurat nie boję się że wpadnę w alkoholizm bo po pierwsze nie pije (no od wielkiego dzwonu wypije jedno piwo... nie ciągnie mnie do alkoholu) po drugie przeszłam terapie dla osób współuzależnionych (czyli żyjących z alkoholikiem) i dzięki poznaniu dobrze tej choroby i tych mechanizmów wpadania w nałóg mam nad tym kontrole :tak: Mój mąż też nie pija alkoholu choć nie pochodzi z takiej "problematyczniej rodziny"

Heh pewnie mamy podobne doświadczenia... niestety... nikomu tego nie życzę :-(


I bardzo cię podziwiam że podniosłaś się po stracie maluszka... dla mnie to niepojętne dlaczego takie "duże dzieci" umierają... moja znajoma urodziła w 41 tygodniu martwe dzieciątko.... świat jest niesprawiedliwy...



nanulika
piękne ostatnie słowa napisałaś :* Piękna sentencja... Ja też mam właśnie dobre doświadczenia w tej dziedzinie...



danutaski współczuję...ja tak jak pisałam mam dobre doświadczenia... to chyba po prostu zależy odmiejsca... to co piszesz jest straszne... jak można tak olać sprawę i nie udzielić pomocy... :no: Musze ci powiedzieć ze musisz być bardzo sina i dzielna! :*
Co do poronień ja też straciłam ciąże na początku... i choć bardzo to przeżyłam to podziwiam dziewczyny które podniosły się po stracie na późniejszym etapie...





Jeśli mnie przyjmiecie to chyba "zamieszkam" z wami na stałe. Bo z mężem podęliśmy decyzję o staraniu sie o drugiego bąbelka! Na razie o tym nie myśle ale zapewne kiedy już nam się uda to znowu będę odchodzić od zmysłów przez te pierwsze tygodnie ciąży... w drugiej ciąży też nie było lekko... krwawiłam na początku a w 29 tygodniu rozpoczął się poród - na szczęście zatrzymali.... Mam jednak dużo złych wspomnień...
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry