Jakieś 3,5 godziny temu wróciłam ze szpitala. Niestety, ciąża obumarła. Mówią że jeśli płód jest bardzo uszkodzony to tak się dzieje. Przynajmniej tak mnie pocieszał kumpel którego żona tez tak miała. Nie to żebym była wyrodną (przyszłą) matką, ale może jak miałoby się urodzić bardzo poważnie chore i zdane tylko na mnie to może lepiej, bo dopóki starczy sił jest ok, ale co potem, kiedy rodziców zabraknie? Przynajmniej gdybym to ja miała być taka chora i rozumiała swoją sytuację to nie chciałabym tak żyć. Boże, sama nie wiem co mam napisać. W sobotę zaczęłam plamić, jak sie okazało to nie było plamienie a już krwawienie mimo że krew nie była stricte czerwona a brązowa. Jeszcze w poniedziałek byłam na USG. Pęcherzyk 8,3 mm, zastrzyk z kaprogestu i L4. W domu praktycznie leżałam plackiem. Tylko we wtorek byłam w mieście by zrobić bete i zawieźć zwolnienie bo z pracy do przychodzni mam rzut beretem. Czułam się fatalnie juz od poniedziałku. Ból brzucha który łapał w najmniej odpowiednim momencie i trzymał przez kilka godzin. Nawet nospa forte nie pomagała. W środę już nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do mojej ginekolog i kazała jechać do szpitala. W szpitalu powiedzieli że ciąża się nie rozwija a pęcherzyk jest pusty. Domięśniowo ketonal na uśmieżenie bólu. Przyjeli mnie na oddział. Następnego dnia rano miałam mieć USG. Jeśli bym się sama "wyczyściła to ok, jeśli nie to zabieg. USG, brak poronienia całkowitego. Skierowanie na zabieg jest i czekam. Wyłam z bólu, uż mi łez brakowało, najpierw zastrzyk rozkurczowy, działal godzinę, później jakiś przeciwbólowy, bo wyłam jeszcze gorzej. Po 14tej przyjechali po mnie. Na sali te wszystkie wenflony, elektrody, ciśnieniomierze itp itd. Kazali oddychać w masce. Nie pamiętam kiedy usnęłam. miałam wrażenie że odpływam. Obudzili mnie po jakichś 10-15 minutach. Zawieźli na oddział. Od tej pory już nic nie czułam. Zastanawiacie się dlaczego to piszę? Może dlatego że potrzebowałam to z siebie wyrzucić. Może dlatego że o dziwo nie rozpaczam. Patrzę z nadzieją w przyszłość. Następnym razem się uda, prawda? Przeciez musi.
Ku pokrzepieniu serc dziewczyn po poronieniach. Teraz wiem co czujecie, ale chociaż to cholernie ciężkie nie można się poddawać. Odczekać i "robić swoje". Nie ważne że boli, kiedyś ten maluch który będzie leżał w łóżeczku jednym swoim uśmiechem wynagrozi miliony wylanych wcześniej łez.
Nie wiem dlaczego nie mogę ustawić podpisu. Zajmę się tym później, teraz ide się wykąpać i spać. Dobranoc.