Witam Was Kochane!
Podczytuję na bieżąco ale weny brak na pisanie i ostatnio kicha z dostępem do neta bo mam tylko w pracy, a przenosiliśmy się z firmą i bywało różnie.
Ja dopiero w pracy drugi dzień po opiece tygodniowej nad chorymi. Miałam w domu chorych wszystkich. Tylko ja się ostałam jakimś cudem. Moja mama-przeziębienie takie że częściej kichała i kaszlała niż nie kichała i kaszlała, śpik itp. Mój tata zapalenie tchawicy, antybiotyk i też towarzyszące temu przyjemności. Olka 2 tygodnie w domu, uchowała się bez antybiotyku ale strasznie długo to wszystko trwało. Mężuś też prychający ale najmniej chyba z nich wszystkich. No i na końcu Amela, antybiotyk, wymioty, biegunka, gorączka. 2 kg do tyłu przez jeden tydzień u mnie. Już popłakiwałam z bezsilności wieczorami i ze zmęczenia. Mamy opóźnione MMR, dopiero chyba w przyszłym tyg. się zdecyduję.
Żeby tego było mało, wczoraj o mały włos a Amela spadłaby mi na głowę z łóżka. Trzymałam ją za udo bo przebierałam ją w piżamkę do spania i odwróciłam się po pampersa siedząc cały czas koło niej, a ona się tak gibnęła do przodu i przeważyła swoim ciałkiem tak, że już prawie dotykała podłogi. Na szczęście w tym samym momencie wszedł mój M i ją złapa chyba z 5 cm od podłogi, podłożył rękę i się nie uderzyła. Za to ja roztrzęsłam się na maxa, normalnie nie mogłam się uspokoić no i nocka przez to d...py.
Ech.
Za to starsza Olka dała dziś rano taką jazdę przed wyjściem do przedszkola, że musiałam wyjść na chwilę i ochłonąć, bo byłoby źle. Wszystko na "nie" i płacz o wszystko, o śniadanie, ubranie, czesanie, masakra. Mamy wychodzić z domu już a ona się rozbiera bo nie ubrała majtek z Pinki Pie. Nic tylko się załamać. Zaraz zmiatam do domu więc odpisywać każdej zacznę od jutra. Pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia.