Pokój jest nowoczesny. Przestronny, z akcentami ekologicznymi: dużo zieleni i naturalna drewniana podłoga. Gładzie gipsowe kładziono aż trzy razy, żeby nie było widać nierówności, kiedy przez okno zaświeci słońce.
Choć to pokój dziecinny, nie widać w nim zabawek, nie widać rozrzuconych książek, niesprzątniętych puzzli, papierków po cukierkach. Widać dwa łóżka. Drewniane, wpisujące się w naturalistyczną koncepcję całości. Przy łóżkach uwija się dwójka dzieci. Już dawno powinny być w szkole, ale dzisiaj nikt ich do szkoły nie odprowadził. Zwykle robiła to mama. Dzisiaj nie miała na to ochoty. "Nie zasłużyliście" - powiedziała. Mama to kobieta, która teraz stoi w drzwiach i pilnuje, by na prześcieradłach nie została ani jedna zmarszczka. Stoi tak już od dwóch godzin, bo dzieciom nie wychodzi. I nie wyjdzie, bo według niej dzieci są nieudane. Tak jak chiński podkoszulek ze stadionu. Po jednym praniu do wyrzucenia.
Kobieta ma wysuszoną na solarium twarz, włosy naturalny blond, dobrze ostrzyżone. Dba o siebie, chociaż od kiedy została z dziećmi w domu, nie musi. Dba, żeby nikt nie pomyślał, że się zupełnie zmarnowała. Kiedyś była dobrze zapowiadającym się przedstawicielem handlowym w firmie farmaceutycznej. Dobrze jej szło. Miała szanse zostać dyrektorem regionalnym, nawet przedstawicielem firmy w Rosji. Została w domu, by wychowywać Justynę (dziś lat dziewięć) i o dwa lata młodszego Karola.
Uczniów podstawówki w Łomiankach pod Warszawą, którzy właśnie udają, że śpią. Sen jest dobry , by przeczekać, uniknąć tego, co ma nastąpić. Zamykasz oczy i już cię nie ma w ekologicznym pokoju pod łóżkiem. Jesteś tam, gdzie wolno w dzień przykrywać się kocem i zjeść na śniadanie pół słoika nutelli.
- Gdzie dzieci? - pyta mężczyzna, który wrócił późnym popołudniem do domu.
- Śpią cały dzień - odpowiada kobieta. - Nie poszły do szkoły. Na złość mi robiły, nie chciały ścielić łóżek.
Mężczyzna zdejmuje marynarkę. Garnitur to jego strój służbowy. Jest dyrektorem sieci sklepów odzieżowych w stolicy. W nadziei na premię i nagrody pracuje dużo. Mężczyzna bierze z garderoby wąż od odkurzacza. Wchodzi do pokoju.
Dzieci otwierają oczy.
Dzieci zdejmują spodnie.
Justyna ma pod rajstopami poduszkę. Dostaje dziesięć uderzeń więcej. "Za to, że chciała ojca przechytrzyć".
Karol się uchyla. Zamiast w pupę dostaje w piętę. Leci mu krew.
- Do łazienki na jednej nodze - krzyczy mama, która wszystkiemu się przygląda - dywan mi pobrudzisz.
Pobrudził. Musiał za to zrobić sto przysiadów z tornistrem wypełnionym cegłami (dom niedawno wybudowano, na podwórku sporo było jeszcze gruzu).
Rany na ciałach dzieci dostrzega szkolny pedagog. Zgłasza policji. Rodzina F. trafia na terapię do Fundacji "Dzieci Niczyje". Na spotkaniach z psychologiem dzieci zachowują się według instrukcji taty. Poproszone przez psychologa o rysunki (na ich podstawie określa się nastrój dziecka) rysują kolorowymi kredkami dom i rodziców trzymających się za ręce.
Pytane odpowiadają: Kochamy mamę, kochamy tatę.
- Jesteśmy normalną rodziną - tłumaczyli rodzice. - Ostatnio byliśmy na wczasach w Chorwacji.
Justyna i Karol F. uciekli z domu 5 marca 2003 roku.
Sąsiedzi zauważyli dwójkę dzieci siedzących nocą na przystanku autobusowym.
Dziewczynka miała podbite oko, chłopiec szramy na całym ciele. Obydwoje, jak wykazały późniejsze oględziny, ślady po płomieniu zapalniczki na pupie.
Prosiły: - Nic nie mówcie mamie. Nic nie mówcie tacie.
Łapką na muchy. Za to, że miny robił... i wył
To zwykły pokój. Blokowy. Ze starymi tapetami i odpadającymi płytkami PCW na podłodze. Mówią, że płytki są rakotwórcze. Szkodzą. Szczególnie małym dzieciom. Ale co takim małym nie szkodzi? Zimne powietrze, mokre majtki, papierosy, truskawki... Żyć by nie szło, gdyby się człowiek oglądał na wszystko.
Tak sądzi kobieta, która krząta się po pokoju. Drobna sylwetka, dziecięca twarz, dżinsy i adidasy. Właśnie przypaliła cebulę do rosołu. Rosół bez spieczonej cebuli smakuje jak sraczka, mawiał jej ojciec.
- Zapamiętałam - zwierzy się niebawem dziennikarce. - Zawsze byłam posłuszna.
W pokoju jest duszno od dymu.
W pokoju jest głośno.
Nie może być ciszej. Raz w tygodniu musi być tak, jak chce mężczyzna. Zwalisty, łysiejący, w brunatnym swetrze z bazaru. Właśnie położył się na rozłożonej wersalce przed telewizorem. Ogląda siłaczy, którzy na ekranie ciągną lokomotywy i rzucają oponami tirów.
Dla kobiety mężczyzna jest ważny. Przygarnął ją w siódmym miesiącu ciąży, gdy nie miała gdzie mieszkać. Od roku ją utrzymuje. Kobieta co wieczór całuje go za to po rękach. Gotuje, sprząta, pierze. Jest wdzięczna.
Kobieta nazywa się Grażyna M. Ma 26 lat, jest bezrobotną kucharką.
Mężczyzna nazywa się Andrzej K. Ma 45 lat. Na miejscowym bazarze "robi w elektryce". Trochę kupuje, trochę sprzedaje, czasem bierze w komis. Komórki, radia samochodowe, mikrofalówki, DVD.
Pokój jest w bloku przy ulicy Grunwaldzkiej w Lublińcu koło Częstochowy.
W pokoju leży dziecko. Chłopczyk. Ma 11 miesięcy. Wierci się, gdy dym drażni mu oczy, kwęka, gdy mężczyzna pokrzykuje do siłaczy na ekranie.
Nie jest ani wdzięczny, ani posłuszny. Zużywa za dużo pieluch, zjada za dużo mleka. Nie chce podnosić główki do góry. Jeszcze niedawno tak ładnie się rozwijał - próbował siadać, szczerzył bezzębne dziąsła do grzechotek. - Ale smerfik - chwaliły sąsiadki zaglądające do wózka. Teraz nie chce. Płacze: o piątej rano, o piątej po południu, przy przewijaniu i w trakcie kąpieli, przed i po jedzeniu, kiedy leży sam i gdy ktoś się do niego zbliża. Nie-ustannie. - Nie idź do niego - mówi mężczyzna, kiedy wieczorem leżą razem na wersalce. - Gówniarz nie może nam wchodzić na głowę. Albo: - Ucisz go, *****, bo was wyrzucę. - Zamknij się! - krzyczy wówczas kobieta na dziecko. - Cicho! - mówię!
Niedługo na policji kobieta zezna: - Nie rzucaliśmy dzieckiem o ściany, nie dusiliśmy poduszką. Ot, czasami dostał łapką na muchy. Po rączkach, po pupie, w twarz. Za upartość. Za złośliwość. Za to, że miny robił. Oczami przewracał, zupełnie jak jego ojciec, który się go wyparł. No i wył. Nie patrzył, że człowiek zmęczony jest.
- Ale on miał dopiero 11 miesięcy, może wystarczyło przytulić? - zapyta ją niebawem dziennikarka.
- Toż się go przytulało - odpowie kobieta. - Ćwiczyliśmy, bawiliśmy się. Kochało się go przecież. Konkubent na niego pieniądze dawał. W miłości był lepszy ode mnie. Ja swojemu Dawidkowi nic nie dałam.
Dawid M. zmarł 25 października 2004 roku w Lublińcu. Konkubent Grażyny M. uderzył go ręką w tył głowy i klatkę piersiową. Obrażenia: połamane żebra, pęknięta podstawa czaszki, krwiaki wewnętrzne. Po pobiciu matka nie udzieliła mu pomocy. Wstydziła się wezwać pogotowie.
.