Kochane moje! dziekuje jak zawsze za Wasze slowa ciepla i otuchy, naprawde sa one jak miod na moje przeleknione serce...
Filciu troche niespokojny dzisiaj, ale jednoczesnie rosna mu zabki i juz sama czasem nie wiem co mu jest i co podac, zeby mu ulzylo.
Teraz bedzie tak, ze 2 wtorki z rzedu bedziemy jezdzic do Oxfordu na jeden z dragow, a w 3 tygodniu na 3 dni do szpitala na chemie (3 dragi) i plyny. Plyny sa po to, aby uchronic malenkie organy Filuska przed zniszczeniem.
Za kilka tygodni zrobia mu USG i jesli guz bedzie mniejszy, zdejma mu cewnik i bedzie mogl siusiac normalnie. Wciaz bardzo sie meczy robiac kupke (wodnista!), dranstwo jest duze (6x5x5cm) i naciska na pecherz i na odbyt, smiem podejrzewac widzac Jego umeczona buzke w trakcie wyciskania, ze dla niego to bol podobny do naszego porodowego, gdy glowka dziecka napierala w podobnych miejscach. Zaluje, ze nie moge wziac Jego bolu na siebie

Musze jednak powiedziec, ze poza stanami ciezkiego dola (jak w ub. tygodniu gdy goraczkowal i dostawal chemie i krew i chwilami jak go bralam na rece to mial podpiete 4 rozne rurki do siebie) to ogolnie emocjonalnie oswoilam chyba nasz problem i coraz wiecej we mnie wiary, ze wszystko bedzie dobrze.
Marze o moich kochanych urwisach, bawiacych sie i psocacych razem. Duzo wciaz przed nami... ok. 7 mies leczenia + 6 mies na powrot odpornosci... bede musiala obchodzic sie z nim jak z jajeczkiem, zadnych tlumow, zadnych sklepow, zadnych miejsc pelnych wirusow. Musze go przewijac w rekawiczkach, bo chemia wylazi w moczu i kupce, jest grozna dla mojej skory, moich jajnikow...
Nasz lekarz mowi, ze wylecza go, obawiaja sie o pecherz, o plodnosc...
Duzo strachu wciaz i wiele nadziei...