Na_Ratunek, i jak dzisiaj test? Dawaj zdjęcie, bo się nie mogę doczekać!
Wczoraj dogłębnie studiowałam anglojęzyczną część netu i wyszło na to, że dane odnośnie DEET (badania na ludziach) mamy jedynie na kobietach w II i III trymestrze ciąży i nieszkodliwe są środki z max. 20% zawartością DEET. W pierwszym trymestrze badań nie było, ale przyjmuje się, że można stosować ostrożnie, bo testy na zwierzętach nie wykazały uszkodzeń płodu. W UK się zaleca środki z DEET kobietom na każdym etapie ciąży w momencie, gdy są narażone na komary przenoszące malarię i dengę (co oczywiste), ale też na ugryzienia kleszczy, które coraz częściej przenoszą boreliozę, bo korzyści (uniknięcie tych chorób) przewyższają ryzyko. Fakt faktem, żadna lawenda czy inny eukaliptus na kleszcze nie działają. Nie wiem, co o tym myśleć. Za dużo się naczytałam w życiu na temat szkodliwości DEET na układ nerwowy, który przecież właśnie się u maluszka wytwarza. Przez skórę jak najbardziej się wchłania, szczególnie przez taką, którą się nasmaruje kremem.
Acha, na betę nie trzeba być na czczo.
A ja niestety mam jakieś drobne plamienia. Od czasu do czasu w śluzie pojawia się niewielka niteczka krwi. Ech...