Hej dziewczyny,ja już się lepiej czuję to i do pisania zasiadam.
Reakcje rodziny zawsze mnie zaskakują. Zazwyczaj nie przemawiają żadne argumenty, ani o małej różnicy wieku, ani o lepszym chowaniu się w stadzie, nawet tak irracjonalny, że ktoś emerytury musi spłacać. Drugie dziecko to kosmos, niepojęty akt nieodpowiedzialności, szaleństwa. Trzecie to już pewnie ciężka choroba psychiczna. I oczywiście w pakiecie te doskonałe " dobre rady": teraz to się Wam zacznie, no to się wyśpicie na emeryturze itd. Przypomina się cała seria złotych rad przy Hani: najpierw miałam czekać na koniec świata z kolkami, nieprzespanymi nocami i wrzaskiem. Gdy jakimś nienaturalnym cudem przetrwałam ( nawet specjalnie bez trudu) to dowiedziałam się, że to pikuś bo najgorsze przede mną: ząbki, raczkowanie, nauka chodzenia, kształtujący się wredny charakter itd. I wiecie co? Może jestem dzieckiem szczęścia ale nadal czekam kiedy nadejdzie ten ogłoszony koniec świata, bo do tej pory to tylko jakieś potyczki były. A już najbardziej rozwala mnie fakt, że straszą i żałują naszego zmarnowanego życia najczęściej osoby bez dzieci, lub te które miały je tak dawno temu , że zapomniały jak to było.
U nas też rodzina męża nie wyraziła entuzjazmu. Ale ja znowu nie należę do osób które będą się przejmowały takimi pierdołami. Za to nasi znajomi ( ci dzieciaci)zwariowali ze szczęścia i gadają o naszej ciąży częściej niż my sami

Generalnie mój mąż stwierdził , że mogłabym być w tej ciąży ciągle, bo mam taki stoicki spokój i luz, że nawet jak się ktoś bardzo stara to nie daje rady mnie wkurzyć. Mam leniwca i błogostan, nic mi się nie chce, niczym się nie przejmuję. Gary wyłażą ze zlewu-juuutro

Kwiaty więdną- coż, 5 minut je nie zbawi, skoro i tak dogorywają:-)
Skończył się proszek do prania- coż zrobię pranie kiedy indziej

I tak ciągle. Nawet nie o to chodzi, że nic nie robię, bo robię.Ale kompletnie się niczym nie przejmuję.
Mam nadzieję, że wyjdzie mi z tego zupełnie spokojny dzieciaczek, bo przy Hani to był ciągły młyn i stresy no i Hania charakterna dziołszka.
Co do zachcianek to nadal nie posiadam takowych, ale apetyt mniejszy więc jem mało. Zresztą lodówka mi śmierdzi więc podchodzę jak już muszę. Umyłam bestię, ale nadal zionie smrodem , na dodatek odczuwalnym tylko dla mnie

. Nie widzę po sobie, żemym znacząco przytyła, w ciuszy się nadal mieszczę choć inaczej się w nich czuję. Nie żeby mnie spodnie realnie obciskały, bo luzu jeszcze sporo, ale biodrówki stały się niewygodne, jakoś tak gniotą. Biust normalny choć trochę jędrniejszy- na szczęście nie boli. W ciąży z Hanią to spałam od początku na bokach bo mnie coś gniotło w innych pozycjach , a teraz to i na wznak jeszcze mogę

Żeby zbyt sielankowo nie było to Hania odstawia istne szopki od 4 dni w nocy i jak mąż ją słyszy to ma łzy w oczach. Ja może i nie płaczę, ale też już mam dość nocnych uwertur do księżyca, tyle, że ja olewam w dzień stan sanitarny domu i jak tylko Hania idzie spać to ja z nią, a małżon w pracy tej możliwości nie ma. Jeszcze trochę i chyba się przeprowadzę do niej do pokoju na noce...Wspólne kimanko w łóżeczku odpada, bo i dla mnie to niepedagogiczne( Hania szybciutko się przyzwyczaja ale odzwyczajenie to już inna bajka) i grożące uszczerbkiem na zdrowiu. Bo Hanuśka tak kopie i macha przeszczepami, że raz mi limo nabiła w łóżku. Dziękuję, wątpliwa przyjemność. Pozostaje koczowanie przy jej łóżeczku...na razie z mizernym skutkiem. Swoją drogą laska rozwija takie możliwości głosu , że boję się popatrzeć na sąsiadów, takie mam wyrzuty sumienia za i ich nieprzespane noce.
A jutro małż w domu , więc on bierze dyżur nad krzykaczką a ja będę smażyć faworki, w ilościach hurtowych
