Ja za dużo nie napiszę. 31 sierpnia miałam już dość wszystkiego w związku z rozprzestrzeniającym się uczuleniem i po rozmowie z lekarzem (a raczej wyżaleniu mu się okropnym) zdecydował, że następnego dnia zrobimy cesarkę. I tak czekaliśmy do wieczora 1 września. Nerwy były okropne. Jak mnie już zabrali na blok popodłączali cewnik było nie fajnie i strasznie mnie trzęsło - nie wiem czy ze strachu czy z zimna. Potem pojechaliśmy na salę operacyjną gdzie zaaplikowali mi znieczulenie - super uczucie - takie miłe ciepło mnie ogarnęło i spokój. Następnie to już była szybka akcja - lekarze wkroczyli i nagle usłyszałam "córka" i widziałam jak położna przemknęła z zawiniątkiem w rękach, za moment usłyszałam "drugi syn" i zgłupiałam bo już nie wiedziałam czy pierwsza była córka czy syn ale mi powiedzieli " pierwsza córka, drugi syn". Za parę minut przynieśli mi pokazać te moje cudeńka. Były takie malutkie i oblepione mazią ale śliczne. Potem tato pojechał z dziećmi na oddział położniczy a mnie zabrali na godzinę do sali wybudzeń. Jak dojechałam potem do dzieci cała się trzęsłam - taka podobno jest reakcja na to znieczulenie. Bolało jak diabli mimo, że dostałam 3 zastrzyki przeciwbólowe. Miałam lekkie majaki. Potem z każdym dniem było lepiej ale brzuch bolał straszne - wszystko się rozprężało wacając na miejsce, bo nieźle było upchane. Po ściągnięciu drenu na trzeci dzień było już prawie dobrze choć miejsce po drenie jeszcze mi trochę dokucza. Teraz bez szwów jest już super aż nie mogę uwierzyć, że dwa tygodnie temu o tej porze moje maluszki były jeszcze w brzuchu a ja sobie wydrapywałam skórę... A uczulenie uspokoiło się już następnego dnia po porodzie a po 4 dniach już nawet śladu nie było na skórze - choć ta ostatnia zaczęła się w miejscach po uczuleniu łuszczyć. Myślę, że za parę dni już w ogóle zapomnę o tej cesarce...