U mnie przez chrzest chyba małżeństwo się rozliczy. Już widziałam światełko w tunelu i znowu się "dupło". Załatwiłam chrzestnego, który nie wywołał prostestu mojego Męża, wstępnie rozmawialiśmy z chrzestną, zarezerwowałam wstępnie salę na 14/10 (robię sobie prezent urodzinowy, a co!), a jutro mamy zapłacić zadatek i pojechać do chrzestnej obgadać sprawę. I wszystko by było super, gdyby nie to, że nasza pierwsza kandydatka na chrzestną (która wczoraj miała do mnie dzwonić czy coś udało jej się załatwić, a nie tylko nie dzwoniła tylko jeszcze nie odbierała wczoraj i dziś telefonów) z radosną informacją że na 12/10 ma zaplanowaną komunię i bierzmowanie i może być chrzestną. I teraz głupio wyszło, bo tej do której dzwoniliśmy i która wyraziła wstępną zgodę nie możemy robić w bambuko i wystawić teraz do wiatru, a z tą trochę przykro. Moja Teściowa mówi, że to jej wina, bo mogła to wcześniej załatwić, albo choć zadzwonić jak obiecała, a ona mówi że się nie obrazi, ale sytuacja jest beznadziejna. A mój Mąż najpierw obraził się na swoją Matkę bo mu powiedziała że mimo kłótni z moją rodziną wypada aby ze mną pojechał do Babci i ją zaprosił na chrzciny (efekt - Matka się wtrąca i nim rządzi), a teraz OCZYWIŚCIE obraził się śmiertelnie na mnie, za to że tak beznadziejnie załatwiłam sprawę (bo on by oczywiście nic nie załatwił i czekał Bóg wie ile aż się samo załatwi). W tej chwili powiedział że ponieważ nie ma nic do powiedzenia to nie będzie w ogóle się wtrącał i MOŻE pojawi się na chrzcie w kościele. Po prostu mam wszystkiego dość. Jakoś strasznie mi pod górę z tymi chrzcinami. Jak to się wreszcie skończy to będę strzępem nerwów.