Misia, masz racje - cale macierzynstwo to jedna, wielka manipulacja natury. Najpierw sam fakt jak wazny jest seks, potem jak juz, to co zarodek robi z organizmem matki... Czysty wyzysk i organizowanie wszystkiego "pod siebie" za pomoca hormonow... No i samo dziecko - przeciez jakby na to popatrzec obiektywnie, to brzydkie jest, zaplute, ciamajdowate (niepelnopsrytne jakies?;-)), wali w majty, samo za matka nie pojdzie tylko nosic trzeba, karmic, drze sie co chwile... Po prostu pasozyt! Jakby na to popatrzec logicznie, to nic nie usprawiedliwia checi obcowania z czyms takim. A jednak...
Co do rezygnacji z siebie - nie. Nie zgodze sie. Mozna sie realizowac bedac matka tez. Wiesz? Kiedys nie znosilam gotowania i niczego co wiazalo sie z kuchnia. Moje zycie to byl wieczny "wiatr we wlosach" i najlepiej czulam sie poza domem - motocykl, zagle, wypady autostopem... W domu sie dusilam, przy dzieciakach z reszta poniekad tez. Siadlam na tzw. tylku bo czulam sie odpowiedzialna za rodzine, za dzieci, ale malzenstwo bylo do d... (facet sadysta), bylo mi w nim zle i to przekladalo sie na caloksztalt samopoczucia w domu. Robilam co trzeba bo musialam, dzieci kochalam i kocham, ale mialy malo szczesliwa matke. POtem 15 lat bylam z nimi sama, wiec... Kanal. Nadal robilam co nalezalo, probowalam z roznym skutkiem ogarnac rzeczywistosc, ale na bazie poczucia odpowiedzialnosci - nie z jakas satysfakcja. Owszem, byly momenty zajedwabiste, ale jednak bylo szaro. Poznalam Rajmunda, jakos sie zaczelo i odkrylam ze zywot kury domowej z elementami samorealizacji poprzez prace bedaca jednoczesnie hobby, jest zupelnie fajny. Z dawnych spraw, zostal mi motocykl - lata cale nie jezdzilam, wrocilam do niego - poza tym siedze na tylku i... podoba mi sie gotowanie obiadkow dla kochanego mezczyzny, (nadal organicznie nie znosze sprzatania i to sie chyba nie zmieni), dlubanie godzinami tej mojej pracy, tryb zycia zupelnie osiadly. Nie czuje sie ograniczona. Przyjdzie dziecko... Wiem ze nas uziemi konkretnie, ze nawet motocykl na pare lat odpadnie, a przynajmniej wspolne, jakze przyjemne jazdy - trudno, etap przejsciowy. Jakby naturalna konsekwencja posiadania dziecia.

Ale i tak sie ciesze - mamy auto, wpakuje sie bajtla, pieluchy i zarelko w auto i mozemy sie bujac.