Witam. Pisze tu po raz pierwszy chociaz czytam Was juz od jakiegos czasu. Na poczatku sierpnia dowiedzialam sie ze jestem w ciazy (po 3 testach i pozniejszym tescie BetaHCG). Bylam u lekarza gin ktory stwierdzil ciaze ale powiedzial ze widzi jakies brudzenie, przepisal mi luteine i kazal lezec. Staralam sie jak najwiecej lezec dopoki nie zaczelam miec plamienia. Po 3dniach zglosilam sie do szpitala gdzie zatrzymali mnie "na obserwacji". Tydzien temu, dokladnie 23 sierpnia stracilam swoja fasolke... Spedzilam tydzien w szpitalu, najgorszy w moim zyciu i 23 mialam zabieg... Psychicznie czuje sie w miare dobrze, mysle ciagle tylko o tym zeby znowu zajsc w ciaze i moc urodzic sliczne zdrowe dzieciatko... Ciagle czytam rozne fora na ten temat. W szpitalu "cudowny" zastepca ordynatora nawet mi nie powiedzial po jakim czasie moge sie na nowo starac i wogole co moge, a czego nie. Przepisal tylko antybiotyk antybakteryjny i do widzenia... 6 wrzesnia ide do swojego lekarza gin i mam nadzieje ze on mi powie kiedy bedziemy mogli sie znowu starac zeby bylo wszystko w porzadku... Miedzy innymi dzieki Waszym postom wierze w to ze nastepna ciaza juz napewno skonczy sie dobrze.. Chyba potrzebuje Waszego wsparcia w tym oczekiwaniu i pozniejszym staraniu sie.. Dopoki sie sama z tym nie spotkalam nie wiedzialam ze az tyle kobiet dotyka ten sam problem o ile tak mozna to nazwac..