Jestem. Pooocieszyli - jak oni tak każdego pocieszają to ja już wiem skąd w Anglikach taki entuzjazm do życia. Otóż na wstępie dowiedziałam się że powinno boleć, powinno krwawić (ale nie musi), ale też wcale nie musi być skuteczne, czyli w ostatecznym rozrachunku i tak się może skończyć na stole. Suuuper... Poza tym (upierałam się jak muł że na stół tylko w ostatecznej ostateczności, podobnie jak w transfuzją krwi) oni tu stosują jakieś odsysanie, co może skutkować (jak powiedziała pani doktor) perforacją macicy, a jeśli do tego dojdzie przeprowadza się dodatkowy zabieg "załatania" dziury. Laparoskopowo bądź tradycyjnie. Ale mnie ucieszyli. Powinni horrory pisać. Zaliczyłam pigułe, po której ma zacząć krwawić (albo i nie) i boleć (albo i nie) i jeśli nie rozkręci się akcja typu bardzo silne bóle i mocne krwawienie (takie małpowe mile widziane), to mam się zgłosić w czwartek na oddział, gdzie pielęgniarka założy mi pigułę dowcipną. Hmmm... Coś mi dziwnie wygląda ładowanie czegokolwiek "tam" przy krwawieniu, a oni liczą że jakieś będzie... I najbardziej mi się podoba stwierdzenie że to może zadziałać, ale wcale nie musi... Znając moje szczęście, to już powinnam wybierać opcje znieczulenia. Idę po kiszoną kapustę - coś trzeba ugotować na dłużej. Zakładajmy że wszystko be ok, ale bądźmy przygotowani gdyby nie było.