Miliaa nie czytaj netu, bo tam siedem wiors do niebos piszą. Ja już też naczytałam się na temat pęcherza i poronień. Tylko niepotrzebnie się denerwujesz, skoro lekarz mówi że jest ok to jest ok!
Gotadora no no, szalejesz z avatarami.
Madzialenak na pewno nie zaszkodzi Sebastiankowi. A na tą bakterię taka jest procedura. Koleżanka w pracy też miała tą bakterię, a córa w tym roku maturę zdała
Maja chętnie podzielę sie snem, bo moja senność zaczyna się o 19 kiedy ja jeszcze w pracy jestem i ciężko mi w takim stanie pracować.
A mnie pęcherz wykańczał. Z wtorku na środę obudziłam się w nocy z potwornym świądem, bólem że mogłam ściany gryźć z bólu. 2 h nie spałam tylko płakałam. Z rana miałam iść do lekarza, ale siostrze się popsuł samochód i moja matula nie miała jak z rehabilitacji wrócić. W pracy już nie wytrzymywałam. Poszłam do socjalnego i płakałam z bólu. Boże, mnie ból tak nie wykańcza jak obawa żeby dziecku nie stało się nic przez ten pęcherz. Zadzwoniłam do męża i zaczął dzwonić po gabinetach szukając kogoś kto mnie przyjmie. Moja asystentka wypisała mi pacjentów. Mąż zadzwonił do Dukaczewskiej - ona na urlopie, do Rogiewicza - on też na urlopie, a w jego klinice nikogo już z lekarzy nie było. Zadzwoniłam na prywatną komórkę doktora, to mi wytłumaczył że musze wziąć antybiotyk a on przez łożysko nie przechodzi i nic się nie stanie. I tak mnie to nie przekonało, choć to bardzo dobry specjalista.
Po wielu poszukiwaniach decyzja - jedziemy na wrzesinek do szpitala. Ledwo podeszłam do rejestracji i tłumaczę co mi jest, a tam dr poprosił mnie o badania (okazało się że stał tam ginekolog). Szybko pobrali mi krew, oddałam mocz. Po 0,5 h wyniki. Badanie ginekologiczne... Ledwo dr włożył usg a ja już krzyczę czy z dzieckiem wszystko ok. Jak najbardziej ok

. Wytłumaczył mi że owszem zapalenie pęcherza może spowodować poronienie ale w przypadku jakby to była urosepsa, natomiast samo zwykłe zapalenie opóźniać może rozwój dziecka. Widziałam swoje maleństwo które ma już 26,3 mm a serduszko bije mu 179 na minutę.
Po opowieści o in vitro, o poronieniu, tylu nieudanych próbach, latach leczenia... dr stwierdził że nie ma co ryzykować antybiotykiem, a badania są już lepsze. Bakterie pojedyncze, 1-3 leukocytów, tylko trochę białka się pojawiło, ale w porównaniu do poprzednich badań jest o niebo lepiej. Już nawet z wrażenia nie zapytałam czemu teraz na koniec boli a wtedy nie bolało. Dostałam receptę, zalecenia. Dr poszedł podstęplować wypis a tu nagle pielęgniarka mnie woła że ordynator chce mnie obejrzeć. Boże , wystraszyłam się że coś jednak nie tak. Okazało się że przyjmował mnie stażysta na specjalizacji a ordynator jak podstęplował moją kartę chciał mnie także zbadać. I znów usg. Młodszy pyta się starszego co to jest pokazując coś na ekranie, ja już serce pod gardłem czuję. A ordynator pyta mnie czy krwawiłam jakiś czas temu żywą krwią. Ja oczy jak pięć złotych skąd on to wie? Przecież nikt nie wierzył w moje żywoczerwone krwawienie.
Dr mi wytłumaczył że miałam krwiaka przy samym zarodku, który pękł i jest skrzep 1,5 cm na 0,5 cm. I albo się wchłonie albo podczas podcierania spotkam jak to dr ujął "czarnego gluta"

. Ja już ze strachem w oczach pytam czy to nie zagraża dziecku - dr "teraz już nie".
Dziewczyny oglądało mnie tylu lekarzy - 2 razy IP, dr obuchowska w novum i nikt tego nie widział! Nikt nie wierzył że krwawiłam czerwoną krwią. A tutaj - myk i od razu dr jak z fusów mi wszystko o mojej przeszłości powiedział.
A propos szpitali. Wrzesinek nie cieszy sie dobrą sławą, ale ja po 3 wizytach tam jestem wręcz oczarowana nim. Może i szpital jak z epoki kamienia łupanego, ale jakoś podejście super. Może ja mam takie szczęście, może jak słyszą moją historię to boją się i bardziej się starają? Nie wiem, ale jestem bardzo wdzięczna za wczorajszą wizytę u nich. Wiele się dowiedziałam, leki zadziałały że dzisiaj już o wiele lepiej. A ja juz o wiele spokojniejsza jestem.
Ahhh, i znów zanudzam. Jadę na odpust - trzeba siostrzenicy coś kupić bo bidulka chora.
Miłego dnia kochane.