nie spodziewam sie uslyszec gotowych rozwiazan. bo wiem, ze takie po prostu nie istnieja... ze wszystko trzeba zaleczyc sensownym dzialaniem i po prostu uplywem czasu...
i nie chce oprzec swojego zycia na nadziei o ojcu dla Filipa (ani tym "prawdziwym" co go powolal do zycia ani na tym, co stalby sie dla Niego ojcem).
wiem, ze musze moj maly swiat poskladac sama, dla mojego Synka i dla siebie. ze tylko wtedy kiedy ja bede silna to bedzie mialo sens myslenie jeszcze o kims trzecim.
wiem. ale...
czasem po prostu tak bardzo sie boje tego w jakim stanie dotrwam do narodzin Synka... trudno mi przebrnac przez kolejny dzien. jeszcze 10tyg... boje sie, ze to co, jak, czuje sie teraz przerodzi sie w depresje poporodowa, a wtedy...
wiem, byc moze przesadzam, wyolbrzymiam, panikuje, uzalam sie... - tylko trudno byc silnym i racjonalnym z pokiereszowanym sercem, glowa napchana strachem, hormonami ciazowymi (ktore nawet szczesliwa w zwiazku kobiete potrafia doprowadzic do lez) i swiadomoscia odpowiedzialnosci za najwazniejsza istote w zyciu...