Przed wyjazdem miałam masę pracy. Nigdy jeszcze nie byłam tak zmęczona pracą. Te dwa tygodnie temu byłam przez 5 dni roboczych 60 godzin w pracy (zamiast 20 :-) ) - dlatego się tu nie odzywałam. W czwartek poszłam do pracy na rano, wyszłam o 3.00 w nocy w piatek. Przespałam się trochę ponad 2 godziny i od rana znów byłam w pracy. W piatek tuż przed północa skończylismy.
A w sobotę ruszylismy do Zakopanego. :-) Bardzo się wyjazd udał. Znaleźlismy instruktora Wojtka z przed roku i tym razem obaj chłopcy mieli lekcje. Stas zadziwił instruktora tym, jak od razu zaczął jeździc samodzielnie i jak dobrze łapał równowage. W sumie mozna się było tego spodziewać :-) Drugiego dnia instruktor powiedział, że na razie lekcje nie sa potrzebne i żeby doskonalili to, czego sie nauczyli. Teraz Stas jeździ szybciej i pewniej od Wojtka i lepiej trzyma równowagę. Wojtek wolniej, ale za to precyzyjniej. Jeździliśmy na zmiane. Jedno z nas z chlopcami, a drugie siedziało z Marysią przy dolnej stacji wyciągu. Mycha dzielna, cierpliwa i zadowolona. Jeździliśmy kilka godzin potem powrót na obiad i po południu spacer w góry. Wieczorem dzieci padały.
Mielismy i słońce i mróz i snieg. Tylko jeden dzien był taki, że padal snieg z deszczem (jak przyszedł halny) i wtedy nie jeździliśmy. Zakopane pod sniegiem bajeczne!
Wojtek dzielnie odrabiał lekcje, które miał zadane na cały ten tydzień nieobecności w szkole.
Fakt, że pojeździło by sie samemu, ale i tak z chłopakami już mozna spokojnie jeździć w przyzwoitym tempie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, hehe. Ze 2 lata temu, nawet rok temu marzyłam o takim jeżdżeniu jak teraz. A teraz znów mi mało ;-)
Wypoczełam, zapomniałam o pracy. Dzis rano skoczyłam do biura, załatwiłam formalnosci i powiedziałam, ze jeszcze biorę tydzień wolnego i wracam po świętach. A teraz się biorę za przygotowania świąteczne i porządki w domu, bo zaległosci mam z kilku miesięcy przez tą intensywną pracę.
A w czwartek jedziemy na Mazury.
Baska, zdrowiejcie wszyscy szybciutko!
Kasiu, fajnie, że Miki w końcu zdrów.