Były Mamootki! Wiecie co, takie spotkania to jest CZAD! Normalnie nie ma barier, super się rozumiemy

Chłopaki superowe. Staś jak mały kamikadze - wyjdzie gdzie tylko się da ;-) Wojtuś bardzo kulturalny młody człowiek, który rozwalił mnie hasłem "ciociu, zrób mi splaszczoną kanapkę z serkiem żółtym" i przypomniał mi, że nie dałam ciasta, które obiecałam

Starsze Mamooty bardzo sympatyczne

Ach, przy pożegnaniu Olga dała całusa Stasiowi;-)Nie mam nic przeciwko takiemu zięciowi;-)Kurcze, gdyby tylko można by się częściej spotykać i w szerszym gronie...
No to Kasia pieknie wszystko podsumowała. Dodam tylko, że Mikus i Wojtek zaczęli się na dobre razem bawić, jak już musielismy wychodzić. Wojtek objadł ciocie Kasię chyba ze wszystkiego z lodówki, bo żadnej jedzeniowej prośbie (a prosic to on umie

) Kasia nie odmawiała. A ja się tylko chichotałam.
No i zakabluję jeszcze, że oboje Państwo Denisukowie świetnie gotują. :-) Kasiu, tak przy okazji poporsze o przepis na ten Radkowy krupnik.
Najfajniejsze jest to, że jak już się spotykamy, to rozmawiamy jak stare znajome. Chyba jestem rekordzistką spotkaniową, a może sie mylę? Widziałam juz Baskę, Heatherka, Irmę i Kasię. Pewnie byłaby i Sylwia w zesłzy weekend gdyby nie Wojtkowa ospa.
Sylwia, przyjęłam na kaltę ;-)
Fredka, jaki dwór??? Na pole!!! :-)
Nasz wyjazd w sumie śrenio udany. Tak na prawdę z naszych planów bezproblemowao udały się tylko odwiedziny u Kasi. Potem już wszystko było na opak. Nie udało się spotkać z moją kuzynką, bo mój chrześniak zachorował. Za to przynajmniej mieliśmy nocleg w Krakowie na starówce, w służbowym mieszkaniu ode mnie z pracy (piekne, duże mieszkanie w starej kamienicy). W sobotę połazilismy leniwie po krakowskiej starówce, poszlimsy na dobry obiad i w niedzielę ruszylismy do Zakopanego.
W poniedziałek rano dowiedzieliśmy się, że zmarła babcia Marcina mieszkająca w Bydgoszczy. No i zaczęła się burza mózgów co robić dalej. W końcu po wielu wariantach (łącznie z tym, że moja mama miała pojechać do Zakopca zająć się dziećmi) postanowiliśmy, że razem wracamy do Warszawy. Wróciliśmy w środę, odstawiliśmy dzieci do moich rodzicół i bladym świtem w czwartek ruszylimsy do Bydgoszczy. Pogrzeb i rodzinne spotkanie i powrót też w czwartek. Tak więc napodróżowaliśmy się całkiem sporo. No i smutno, choć babcia była chora i miała 96 lat. Takie wrażenie, że zakończył się pewnien etap w rodzinie....
Z jezdzenia na naratch wyszło niewiele. Jkaoś w tym roku nie mam szczęścia do sportów zimowych. Jeden dzień byliśmy na naratch z dziećmi, a drugiego dnia Marcin "wypchnał" mnie z moim bratem ciotecznym na Kasprowy na narty. Było pięknie, mroźnie i słonecznie. No i tyle tych nart.
Irma, trzymam kciuki. A co do naszego spotkania latem, to wiesz, my tam co roku jestesmy :-) Nic, tylko przyjeżdżać w odiwedizny. Drogę już dorze znacie :-)