na niejadków pani doktor powiedziała : nie chce nie dawać, i za zadne skarby tylko mleko bo sie rozleniwi no i stad tez gluty bo mleko zageszcza... herbata, soki, jak nie chce obiadu niech nie je.. nie dawać nic..tylko za 2 gozinki znow dac ta samą zupę albo obiad i do skutku w końcu się podda.
I tu muszę dodać od siebie, że nie na każde dziecko taka metoda zadziała; ironia - bądź czujna! jak Ninka miała ok. roczku przechodziła ponad miesięczny bunt jedzeniowy (btw - dzięki temu, oraz azs, zaczęłam gotować dobre rzeczy wg 5przemian), połączony z tym, że nie tolerowała grudek i chciała jeść miksowane rzeczy oraz z tym, że pomału próbowałam odstawiać ją od cycka; takie nieporadne przechodzenie z mleka na pokarmy stałe;
moja lokalna pediatra tak samo podeszła do sprawy - nie dawać, sama przyjdzie, nie zagłodzi się... efekt był taki, że Ninka wyraźnie zjechała z wagi (na rok nie ważyła 9 kg), wciąż była rozdrażniona (bo wiecznie głodna), ja podenerwowana, bo coś mi w tym wszystkim nie pasowało, a szalę goryczy przelał pewien dzień, kiedy to moje wychudzone dziecię zasnęło ssąc kciuka w kuchni, obserwując jak gotuję obiad; wtedy się poryczałam i powiedziałam BASTA; dalej dawałam miksy, małej stopniowo rozkurczał się żołądek, do tego zaczęłam gotować pyszności i od tamtej pory nie wiem co znaczy bunt jedzeniowy;
moje dzieci dziś znów zderzyły się głowami

- na szczęście nos Leosia to wytrzymał; za to ja nie wytrzymałam i wydarłam się na Ninkę, że przecież jej tłumaczyłam, że musi uważać na nos brata, że ile razy mam jej to powtarzać itd. Oczywiście się bidula spłakała. Strasznie mi teraz wstyd
chorującym dzieciom i smarkatym mamom

zdrówka życzę!
ja mam dziś dziwny nastrój, więc się nie będę rozpisywać:/