Odświeżam temat, może ktoś odpowie.
Ostatni normalny okres miałam w marcu. Kolejny dostałam 2 tygodnie później (6.04), był krótki, inny niż zwykle. Od tamtego czasu nic, cisza. Niby parę razy się zapowiadało, ale ostatecznie nic z tego. Mogło to być spowodowane dużym stresem, lekami.
W każdym razie dokładnie miesiąc temu (10.05) doszło do stosunku
(dwa dni później miałam małe plamienie, dwa dni z rzędu, choć to pewnie nie ma znaczenia), przez wcześniejsze zmiany nawet ciężko mi określić czy miałam dni płodne, czy nie. Mam aplikację, w której sobie zapisuję miesiączki i ona mi obliczyła, że niby dni płodne były, no ale tym się nie ma co sugerować za bardzo...
Kolejnego okresu (majowego) też nie dostałam i wcale bym nie myślała, że to ciąża, gdyby nie to, że taka dziwna jestem ostatnio.
Nagle duży apetyt, mdłości, zaparcia, zmęczenie, czuję się jakbym miała opuchniętą pochwę, do tego wczoraj zaczęły mnie boleć piersi przy najmniejszym dotyku, a wcześniej nigdy tak nie miałam. I te humorki...
Teraz jeszcze mam głupie wrażenie, że pobolewają mnie jajniki.
Z drugiej strony te mdłości potem przeszły na moją mamę, więc mogło to być jakieś zatrucie.
Temperaturę mam niską, mniej niż 36,4 st. Od 35,4 w górę, co akurat za ciążą nie przemawia.
Sam stosunek był taki, że jedynym zabezpieczeniem była prezerwatywa, zresztą na początku przez chwilę jej nie było i generalnie zastanawiam się
czy jakimś cudem przez tę chwilę preejakulat mógł sprawić, że doszło do zapłodnienia, czy nie.
Ewentualnie prezerwatywa mogłaby jeszcze pęknąć.
Albo mam ciążę urojoną.
Robiłam parę dni temu test - w nocy, może powinnam była rano.. - wyszedł negatywny.
