Dziewczyny napiszę tu, bo już nie wiem gdzie mam prosić o poradę.
Otóż znaleźliśmy się z mężem w kropce.
Razem mieszkamy prawie 5 lat. W skrócie, do kwietnia tego roku wiedlismy szczęśliwe życie w mieszkaniu po moich dziadkach, które formalnie nie należy do mnie, tylko do kogoś z najbliższej rodziny, jednak ta osoba ze względu m.in. na swój wiek oraz życiową niedojrzałość nie potrzebowała tegoż mieszkania, więc my sobie mieszkaliśmy, opłacaliśmy rachunki, żaden wynajem więc pieniądze to kosmiczne nie były. Tak się mieszkało ponad 4 lata i było super, coś tam sobie wyremontowaliśmy na własne potrzeby, bo wiadomo mieszkanie stare to i standardy nie najwyższe. Do rzeczy. Oczywiście nie mogło być zbyt długo pięknie i wspaniale. A mianowicie w kwietniu dostaliśmy informacje , że mamy tydzień żeby się wynieść. Ot tak, gdyż ta osoba ma taki kaprys (nie, nie zakłada rodziny, nie planuje tego, baaa nie ma nawet środków jako takich na życie, ale co ja mogę, prawnie jest właścicielem mieszkania). No więc my szybko, pakujemy się i przeprowadzamy, już na wynajem, myślimy będzie cholernie ciężko, ale cóż zrobić, przecież każde z nas do rodziców nie wróci, myslimy, chcemy być razem. Mieszkanie wynajęte za kosmiczne jak dla nas pieniądze, chłopak (wtedy jeszcze był "tylko" moim chłopakiem) zmienia prace, kosztem życia prywatnego (13h dziennie plus soboty), żeby tylko wynajem opłacić. Mija kilka dni, dowiaduję się , że jestem w ciąży. Wielkie szczęście, ale i lekkie załamanie, bo jak damy radę... dawaliśmy. Dodam , że opłaty za mieszkanie to równowartość całej mojej wypłaty, a jakieś inne swoje zobowiązania kredytowe też przecież mam. Po pół roku męczenia się (tak męczenia, jest mi w tym mieszkaniu bardzo źle, mimo że jest wyremontowane i w ogóle nie mam do czego się przyczepić) doszliśmy do wniosku , że nie damy rady. Wieczne kłótnie o pieniądze, liczenie każdego grosza, a przecież mi też źródło dochodu w końcu odejdzie:-(. Postanowiliśmy ,że chyba nie mamy wyjścia i musimy wprowadzić się do moich rodziców, do małego pokoju w 40m mieszkaniu w bloku "bo tak ludzie mieszkają i dają radę".
Rodziców mam na prawdę ciepłych i dobrych, więc o żadnych konfliktach nie ma mowy, jednak 5 lat samodzielności zrobiło swoje i boli mnie to, że teraz kiedy ta samodzielność jest nam właśnie najbardziej potrzebna musimy cofnąć się o 5 lat wstecz , podkulić ogon i wrócić do rodziców, męczyć się w 4 osoby + dziecko i duży pies (nasz) w małym mieszkanku.
Sama do końca nie wiem czy to dobry pomysł. Czy lepiej zagryźć zęby i udawać , że jest ok, wynajmować i oddawać komuś praktycznie wszystko co zarobimy na nawet nie własny kąt.
Potrzebujemy spojrzenia kogoś z boku, znajomi mówią, że robimy głupotę poddajac się, ale oni nie są w takiej sytuacji, w większości każdy mieszka na garnuszku rodziców.