Wczoraj wróciliśmy. Przespałam prawie całą drogę, a jak się ogarnęliśmy z wypakowywaniem etc., to padłam i obudziłam się o 5 rano.
Święta minęły nam baaardzo miło, szybko i aktywnie, bo moi i M. rodzice mieszkają niedaleko siebie, więc prócz jedzenia, mieliśmy spacerek. Do tego spotkaliśmy się z paroma znajomymi i zaliczyliśmy ślub cywilny przyjaciela.
Mimo tego, jak posłuchaliśmy, co się dzieje w PL, to mega dół i wszyscy nam kazali zostać w NL. W moim rodzinnym mieście grozi zamknięcie 5 podstawówek, z czego 4 miały bardzo dobre opinie i odradzano ich zamknięcie. Na dzień dzisiejszy moja teściowa musi się liczyć z utratą pracy po zakończeniu roku szkolnego. Mój ojciec też ma problemy, bo u nie płacą za pomiary geodezyjne, a za coś płacić pracownikom i utrzymać firmę trzeba

. Nawet moja mama już chodzi do pracy z nastawieniem "bo trzeba". Mówią, że nie ma do czego wracać i że dobrze, że mała urodzi się w Holandii. Mnie ten natłok złych informacji wkurzył, bo człowiek chciałby kiedyś wrócić, a tu ze strony państwa wiecznie pod górkę

. Z tej bezsilności się poryczałam nieraz.
Ale, żeby nie było, że tylko dół i zło... wszyscy się cieszyli, że jestem kulką i że mała szaleje (ostro się rozkręciła w święta). Mi przybyło kilka rozstępów na brzusiu w ciągu kilku dni, a wcześniej nie miałam ani jednego. No i po powrocie stwierdziłam drastyczne skurczenie się zasobu ubrań, które mogę założyć, bo mi się piłka nie mieści

.
Dzisiaj M. jedzie kombinować nową lodówkę, bo nasza wczoraj focha walnęła na nas, że ją odłączyliśmy i zostawiliśmy na tak długo... i nie działa. Jest to smutne szczególnie, że mamy spory zapas domowych wędlin itp. z Polski

.
A teraz nadrabiam, co pisałyście, jak mnie nie było
