Mi podoba się pomysł z poszukaniem imienia wśród bliskich Tolkiena. Skoro chce go honorować to uhonoruje w taki sposób ;-). Oczywiście to jedno z wyjść.
Sama mam Jana, ale powód niechęci do tego imienia jaki podałaś jest wg mnie wystarczający do nienadawania go dziecku. Nie wyobrażam sobie, żeby mój mąż uparł się na Ryszarda (imię piękne ale obciążone dla mnie emocjonalnie) i już.
Myślę, że w tej sytuacji najlepsze byłoby gdybyście ustalili całkiem nowe imiona, ewentualnie tego nieszczęsnego Jana dali jako drugie, albo przerobili na Janusza (mój wuj, Jan, przez starszą, przedwojenną część rodziny zdrabniany był na Januszka). A mężowi bym spokojnie powiedziała, że dla Ciebie to imię nie wchodzi w rachubę z powodu bardzo nieprzyjemnych uczuć wiążących Cię z nim i nie chcesz przenosić ich na dziecko, dlatego niech przemyśli co jest dla niego ważniejsze, zakład i fantazja, czy to jak będziesz się czuła zwracając się do Waszego syna i mając przed oczyma człowieka, który w jakiś sposób Cie skrzywdził.
U mnie przy drugim synku mąż doszedł do wniosku, że wcześniej ustalone imię mu się nie podoba, po wielkich bojach doszliśmy do porozumienia i miał być Michał (śmiałam się, że trzeba będzie jeszcze Andrzeja zrobić), ale tuż przed porodem oboje uznaliśmy, że to nie to. Gdy mały się urodził popatrzyliśmy na niego i było jasne, że jedyne imiona które do niego pasują, to nasz pierwszy wybór i mój kochany Roch. I tak mamy małego Wita :-).