No hej.
Shoomnaa...twoje soczyste określenie drobiazgów nie wyczerpuje tematu.
Wiesz, cierpienie destabilizuje świat, odbiera nam siły, wprowadza chaos. Kiedy boli ząb czy coś innego nie w głowie nam układanie ikebany czy szydełkowanie frywolitek. Snuje sie człowiek rozczochrany, w piżamie, z obłędem w oczach...
Ale ja osobiście nigdy tak nie przykładałam wgi do wyglądu, porządków, jak wtedy, kiedy mi xle. Wtedy starannie ubieram sie, maluje, cale misterium. Sprzatam. Potrafię malować centymetr po centymetrze, uspokajając siebie, wracając do równowagi. Układam to, co udręka mi rozwala.
Kiedy Jonatan wegetowal mi w inkubatorze dzien po dniu bez żadnych odruchów, na podtrzymaniu , nie siedziałam z rozpaczą w oczach pod drzwiami.
Piekłam szarlotke, zajmowałam sie ogrodem. pieliłam astry. Pisalam wiersze.
Może nie każdy tak umie, ale mnie to pomagało.
Bardzo się cieszę, że piszesz z nami- i takie normalne, zyciowe tematy nic nie dysharmonizują.
Tak, Julitka jest chora. Ale zakochani całują się na ulicach, psy są wyprowadzane, trzeba zmienić pościel, upiec chleb...
Może to szostko brzmi, ale mowię z serca.
Mialam starszą siostre, która zmarła. Rok temu zmarla babcia, dwa lata temu dziadzius. Za miesiąc mojemu ojcu mają amputowac nogę- ma cukrzycową stopę, stracil czucie. Chcialabym, żeby nie. Ale byc może moje chcenie nic tu nie zmieni. Ale nie mam zalu do mamy, że śmieje sie oglądając Lokatorów. Cieszę się, że się smieje. To jakies zwycięstwo nad choroba, cierpieniem, powiedzieć mu- nie dam się, nie odbierzesz mi radości zycia, wrazliwości, odczuwania, godności.
Ja mam łzy w oczach widząc chore dziecko. Moim ogromnym pragnieniem jest, aby Julitka byla zdrowa. Modlimy się o nią z moimi chlopakami co wieczór. Ale chcialabym, żebys i ty się usmiechała, żebys poszła na randke, wzięła piekny slub w sukni z trenem i była szczęśliwa.
Mimo choroby Julitki.
Ściskam cie mocno, shoomnaa i nie miej mi za złe skarpetek i tej długiej przemowy.
:-)