Najbardziej boli mnie to, że mój M się wycofuje. Ja walczyłabym dalej, a tu kolejne kłody pod nogi. Wiem, że za każdym razem przeżywał to razem ze mną, tyle, że ja później się wykrzyczałam, wypłakałam i twierdziłam, że się nie poddam, a M dusił wszystko w sobie, czasem jakaś łezka Mu poleciała, ale nie wyrzucał tego cierpienia z siebie i miara się przebrała. Powiedział, że to za dużo dla Niego. Sądziłam, że to dzięki Niemu miałam siły walczyć, a teraz najważniejszy dla mnie człowiek mnie zawodzi.
Ale to nie temat na to forum. Dzięki za Waszą wiarę.
Agniecha, doskonale Cię rozumiem. Pierwszy raz zobaczyłam jak bardzo mój m przeżywa nasze leczenie, dopiero za czwartym razem. Moj m nigdy nie płacze. Niestety to nie oznacza, ze nie przeżywa tragedii (co dopiero wtedy do mnie dotarło). Tak samo jak Ty, wiem ze ja jestem silna na tyle by walczyć dalej. Boje sie, ze jeżeli teraz znów sie nie uda, jemu zabraknie sił.
Joweg, brak mi slow. Nie wyobrażam sobie przez co przechodzicie
Ostatnia edycja:
to tez bedzie nasze pierwsze ivf ICSI i tez problem leży u mojego M, ja jestem kompletnie zdrowa, mam wielką nadzieję ze się uda, przynajmniej mam takie przeczucie obym sie nie pomyliła
W takim razie idziemy prawie łeb w łeb też trzymam za Ciebie kciuki musi sie udać!!!!!
ja dobrze sie stymuje sa pecherzyki. Do IUI zawsze mialam miedzy 2-4 na zdrowym droznym jajniku. Dwa razy wyszedl mi test i niska beta.. Cos mowil, ze ciaza biochemiczna mogla byc. Juz sama nie wiem co jest nie tak... Licze tylko na to, ze jak probowalismy naturalnie to komorki sie rozklejaly i dlatego bo na 30 pecherzykow mialam tylko 11 komorek reszta sie rozpadla. Niech moje malenstwa zostana ze mna w brzusiu.
z tego co wiem to wszystie wyniki mam ok, nie wiem czy przed punkcją będą mi jeszcze cos robic bo nic mi nie mówili. Ja sie leczę w UK i tu wszystko wygląda troche inaczej, badania i cały zabieg mam refundowany przez państwo a wszystkie badania itd robią mi w klinice. Takze jak coś bedzie trzeba zrobić to pewnie zrobią mi na następnej wizycie