Cześć dziewczyny, nie wiem czy mnie niektóre z was pamiętają, ale do sierpnia byłam z wami na blogu. Piszę ponieważ u mnie pojawiło się światełko w tunelu , które może być i dla was czymś poniekąd pozytywnym. Dla tych, które mnie nie pamiętają: starałam się o ciążę od 6 lat. Lekarze nie dawali nam szans, słabe wyniki męża, jeden lewy jajowód niedrożny, prawy jajnik zniekształcony. Do on vitro podeszliśmy w lipcu- długi protokół, powstały trzy piękne blastusie. 1- go sierpnia miałam transfer jednego zarodka. Ciąża była, ale słabo się rozwijała. w 6 tygodniu poroniłam. Trudno mi było, jak każdej. Postanowiliśmy że po kolejnego malucha wrócimy w lutym. A tu niespodzianka. w listopadzie okres się spóźniał, po 9-ciu dniach od spodziewanej miesiączki zrobiłam test, oczom nie dowierzałam, kiedy zobaczyłam dwie krechy, drugi test wykazał to samo. Dzisiaj byłam na usg, pęcherzyk ciążowy jest 4 razy większy niż ten po in vitro w tym samym czasie. Jedyne co mnie niepokoi to fakt że zarodka nie widać. Ale wiem że to krok do przodu, coś drgnęło. Za tydzień kolejne usg, może stanie się cud i zobaczę zarodek. Więc głowa do góry. Czasami nieudane in vitro może być drogą do naturalnej ciąży. Pozdrawiam