Wzielo mnie na wspominki.
W Ensenadzie byla nas garstka Polakow i Ewa z Benonem trzymali nas w kupie. Stalymi mieszkancami byli oni, ja i jeszcze jedna Kaska (dziewczyna, ktora podobnie jak ja trafila tam ze wzgledu na milosc). Przejezdnych bylo sporo. Wiekszosc z nich na stale mieszkala w stanach, a od czasu do czasu wsiadali w samochod i przyjezdzali do Meksyku wypoczac. Tomek po rejsie dokola swiata zacumowal jacht i zamieszkal na nim, po pol roku dolaczyla do niego zona.
Wszyscy Polacy smiali sie ze mnie, ze moje malzenstwo zawarte jest na karte rowerowa. Nie odbiega to bardzo od prawdy, bo zawieralam je na prawo jazdy :-)
Kiedy z malzonem zdecydowalismy sie na slub, poszlismy do USC. Tam zazadano od badania krwi, a ode mnie wszelkie mozliwe dokumenty wraz z apostilla i tlumaczeniem przysieglym. W Meksyku tlumacza przysieglego z polskiego nie bylo, wiec jedyna szansa na wypelnienie formalnosci byl moj powrot do Polski. Smielismy sie, ze wydam sie za mojego chlopa za 10 lat, bo wczesniej nie da sie pozalatwiac formalnisci...
Tomek zaoferowal sie, ze jako kapitan jednostki plywajacej zabierze nas na wody eksterytorialne i udzieli nam slubu. Ten zwyczaj uznawany jest na calym swiecie, poza Meksykiem oczywiscie. Pomysl wiec nie wypalil. Na to moja kolezanka stwierdzila, ze przeciez sedzia to jej sasiadka. Po krotkiej rozmowie okazalo sie, ze potrzebuje 2 dokumentow stwierdzajacych moja tozsamosc, ze musze je przetlumaczyc na hiszpanski i przedstawic tlumaczona metryke. Metryka ma odnosniki w kilku jezykach, w tym w hiszpanskim, wiec bez tlumaczenia sie obylo. Do tlumaczenia dalam paszport i prawo jazdy, bo te dokumenty maja rowniez odnosniki po angielski, a dowod osobisty ich nie ma. Oczywiscie obylo sie rowniez bez apostilli ;-)
Slubu na morzu nie mialam, za to przyjecie slubne na plazy... A w rejs poplynelismy 2 tygodnie pozniej ;-)