Amerie, Agrafka - współczuję Wam bardzo, pocieszenie jest jedno - już niedługo koniec męczarni i zacznie się życie z naszymi kochanymi Skarbkami :-)
No właśnie, dziwnie tak wiedzieć, mieć pewność że to już za tydzień - choć muszę się przyznać, że mam obawy, że wcześniej samo się zacznie coś dziać... Cudowne uczucie, czekać na określoną chwilę, która już tak blisko :-) Mój R. pierwsze co pomyślał jak się dowiedzieliśmy to, że jeszcze nie przykręciliśmy tabliczek na mebelkach ;-) Jest jeszcze parę rzeczy do zrobienia a to TYLKO tydzień - ostatni tydzień, w którym jesteśmy sami, tylko we dwoje - już nigdy potem nie będziemy sami :-) Ech, taka nostalgia mnie napada z wieczora...
A z bardziej przyziemnych spraw - jeszcze nigdy mi nie spuchły kostki tak jak dziś wieczorem... Teraz leżę już w łóżeczku i poszperam w necie trochę, co by znaleźć jak najwięcej pozytywów o cesarce - bo przyznam się, że strasznie się boję
I jeszcze jedno przemyślenie na wieczór - mam teraz trochę - nie wiem jak to nazwać - żalu, pewnie nieuzasadnionego np. do SR, która przez cały kurs utwierdzała mnie w przekonaniu że TYLKO poród SN jest w stanie pomóc zbudować więź z dzieckiem i takie tam... Podobnie jak znajoma z SR właśnie, która dowiedziała się, że nie będzie mogła karmić piersią - oczywiście nie z własnej woli, słyszała na każdym kroku ile to się traci z kontaktu z dzidziusiem karmiąc butelką... Powtarzam - pewnie nieuzasadnione ale troszkę boli.
Trusia - opis macie jak w banku :-)
A nie wiecie może Kochane jak to jest z obecnością osoby towarzyszącej przy cesarce? I jak wygląda kwestia położnej w takiej sytuacji?