Historia jest dłuższa, ale nie chciałam już opisywać i Was zanudzać. Dała mi listę na której przybiła pieczątkę i się podpisała. Mam prywatne ubezpieczenie z pracy i dzwoniąc na infolinię dowiedziałam się że lista z pieczątką to nie skierowanie bo nie ma słowa skierowanie.Do tego lekarza wracałam tego samego dnia dwa razy. Byłam odsyłana od rejestracji do położnej do lekarza. Rejestracja powiedziała, że mam iść do położnej. Położna, że nie może wypisać skierowania a lekarka, że "dziewczyny z rejestracji" mają wypisać a ona tylko podpisze. Oczywiście na druku np do samej toksoplazmozy jest kilka badań więc panie nie potrafiły tego druku wypełnić. W końcu przyszła położna, coś pomogła i uwaga sama podbiła ale nie podpisała tego skierowania. Więc mówię, że potrzebuję podpis LEKARZA (saa wcześniej powiedziała, że nie może ich wypisywać). Ok załatwiła ten podpis ale wracałam kolejny raz do tej kliniki, bo nie zaznaczyła mi Tsh. To chociaż zauważyłam, bo listę badań panie w rejestracji mi zabrały. I ostatecznie nie wiem czy na skierowaniu były te same badania co na tamtej liście.
Pożalę się Wam że ta wizyta to był dla mnie istny cyrk. A było to w prywatnej klinice, gdzie podobno przyjmują najlepsi lekarze...