Ja uważam, że takie łyżeczkowanie na żywca po porodzie nie powinno mieć w ogóle miejsca.
Ja byłam w trochę innej sytuacji co nie zmienia faktu, że na samo wspomnienie łyżeczkowania mam gęsią skórkę. Otóż rodziłam w 24 tygodniu ciąży martwe dzieciątko, skurcze wywoływane, nim doszło do pełnego rozwarcia bóle nie do opisania włącznie z krzyżowymi. Tak bardzo chciałam, żeby to się skończyło. A tu po porodzie lekarka wyciąga olbrzymią łychę i zaczyna wiercić w brzuchu jakby kopała tunel w piasku po czym woła innego lekarza, bo nie może sobie poradzić. Gdy ten się dobrał do tego sprzętu noga mi odskoczyła i oberwał, a ja usłyszała: CO PANI ROBI, PROSZĘ SIĘ OPANOWAć I NIE WIERZGAć MI TU... na tyle zrozumienia mogłam liczyć