reklama

Maj 2012

Przy pierwszym porodzie TŻ był i teraz też będzie. Bardzo mi pomagała sama jego obecność. Podtrzymywał na duchu,podawał wodę do picia jak trzeba było,między nogi nie patrzył nawet podczas kulminacyjnego punktu,siedział obok mnie,trzymał za rękę,głaskał i mówił abym parła,że jestem dzielna i że już niedługo.
Ja sobie nie wyobrażam jakbym tam miała leżeć kilka godz sama i się męczyć.
 
reklama
u nas też za dramo poród rodzinny, ale musisz trafić na wolną salę. z Bartim trafiliśmy (a 4 na raz rodziłyśmy:)). Był i widział wszystko. szok na twarzy twardziela - bezcenne:) a tak serio to nie mdlał i nie zarzekał się, że było koszmarnie. Wszystkim mówi, że nie żałuje. przekonywał nawet swojego ojca i wujka, że to nie takie złe jak sobie wyobrażają. pępowiny nie przecinał - mieliśmy konflikt i pobierali od razu krew pępowinową. rodziłam 10h i nie wyobrażam sobie tego bez niego - zanudziłabym się:) pomagał, pocieszał, nawet trzymał za rękę (do póki nie odcinałam mu krążenia - skończyło się na ściskaniu materaca i pościeli:)), podawał wodę, pomagał wchodzić na łóżko i po prostu był - wiedziałam, że obserwuje położne i pilnuje żeby mi krzywdy nie zrobiły - później pilnował Bartka - nie wypuszczał z rąk i oczywiście kontrolował moje zszywanie.
co prawda nie jest teraz taki zaparty w tym, że będzie - nie powtarza tego codziennie jak wcześniej, ale nadal twierdzi, że chce być z nami. To dla faceta ciężkie przeżycie - mój wyznał, że najgorsze było patrzenie jak cierpię i bezradność. mi się wydawał zbawieniem, wierzyłam na ślepo w słowa "już niedługo" nawet jeśli były kłamstwem:)
 
A ja się z TŻ pokłóciłam. A właściwie to nie, rozmawialiśmy o tym kończeniu mieszkania, że z pewnych rzeczy sobie jeszcze sprawy nie zdaję i wolałabym wprowadzić się jak już będzie kuchnia, a nie latać do jego mamusi na doł. I co? I foch cholera. Leży i udaje że śpi a ja zaraz go poduszką uduszę. Wrrrrrr :wściekła/y::angry::wściekła/y::angry::wściekła/y::angry::wściekła/y: Tak to z jedynakami jest, zawsze liczą że cokolwiek by nie zrobili zostaną pochwaleni i pogłaskani po główce za wspaniałe pomysły :wściekła/y::angry::wściekła/y::angry:
 
Mój mąż też był przy narodzinach Mateusza i teraz też chce być. Ja ściągnęłam wtedy W z nocnej zmiany ok. 1 w nocy a urodziłam dopiero następnego dnia o 14.30. Dla mnie ważna była sama jego obecność i wsparcie, no i bezcenny jest ten widok jak ujrzał małego po narodzinach:-)

Urodzinki przeżyłam ale strasznie rozbolała mnie głowa. Dobrej nocy...
 
dziewczyny czy wasi partnerzy chcą być przy porodzie? i czy będą?(czy u was w szpitalach sie płaci za obecnosc partnera? u mnie płaci się 100zł)

Mój np . Bardzo chce być :) ale jak spytałam czy przeciął by pępowinę to widać,ze przeraza go to:)
Mój był 2 razy, pępowinę przecinal. Za pierwszym razem trochę się bal, że nie da rady jej przeciąć, bo taka gruba :-) w sumie to za pierwszym razem to byl mój warunek posiadania dziecka, że będzie przy porodzie, bo się straszliwie balam, nie samego porodu tylko nieprzyjemnego personelu a później i teraz jakoś jets to oczywiste. Wystepujemy czasme gościnnie na szkole rodzenia u naszej połoznej ze wspomnieniami i mój zawsze mówi "my rodziliśmy..." czymm ujmuje wszytskie panie a mnie zwyczajnie wpienia :-D
ale fakt, ze po pierwszym razie był blady jak ściana, nie spodziewął się,z ę będę się aż tak męczyła i że moje części ciała delikatnie mówiąc rozciągają sie do takich rozmiarów. Bo on oczywiście musi mieć wszystko pod kontrolą a poza tym udawął twardziela

( w skrócie) byłam z nim 7 lat.Mieszkaliśmy ze sobą 4 lata za granica. przyjechaliśmy do pl na 3 tyg . on pojechał do swoich rodziców ja swoich . miał przyjechać na następny dzień do mnie... nie przyjechał... a okazało się ,ze pojechał z kimś 2 dni później do Turcji.. po powrocie zadzwonił ze wraca za granice sam... bez wyjaśnień.....
Okazało się ,ze spotykał się z kimś i zrobił tej osobie dziecko... a mnie zostawił bez słów .... Raz do niego się dodzwoniłam...oczywiście płacz straszny... kazał mi spierd....
a ja 7 lat byłam naprawdę wporzadku,wierna,codziennie obiadki,pranie ,sprzątanie i wogole pozwalałam mu na wiele... szkoda słów...
bardzo współczuję, co za drań
 
Dobry wieczor i dobranoc :)

W sumie ciesze sie, ze juz mam poniedzialek. Weekend byl koszmarny. Choc moze nieco przesadzam... Humory mnie dorwaly, mnostwo lez. Zaczelo sie od porannej sobotniej rozmowy z mama, w sumie nic takiego, ale troceh sie zdenerwowalam, bo mnie czyms zaskoczyla, a niekoniecznie zrobila zle, poryczalam sie. Staralam sie potem trzymac, jechalismy obejrzec wozek - prawie godzine jazdy. Wozki sprowadzane z Niemiec (a tak naprawde z Polski). Gosc dokladnie wiedzial jakim modelem jestem zainteresowana. Na miejscu okazalo sie, ze go nie ma, na szczescie to w domu, wiec byla zona ze slodkimi ok. 2.5 rocznymi blizniakami. I wozki - 2 modele, ale nie ten moj!!!!! Stracilismy 2 godziny w sobotnie przedpoludnie, kiedy zazwyczaj mam najwiecej energii. Takze juz odpuszczamy wozki sprowadzane do AU, bedziemy szukac lokalnie, choc ciezko znalezc cos, co spelnia wszystkie moje zyczenia i jeszcze sie w bagazniku zmiesci, a na zmiane auta nie ma poki co szans.
Potem juz tylko wegetowalam na sofie. Tyle ze jakies jedzenie przygotowalam, a wracajac od faceta bylismy na zakupach. Liczylam, ze odpoczne i niedziela bedzie sympatyczniejsza. Ale tyle lez sie polalo. Laly sie jak ze strumienia. A dlaczego? Za caloksztal, bo bylo mi zle, smutno, jestem gruba, brzydka i do niczego sie nie nadaje. A pytanie dlaczego placze doprowadzaly mnie do szalu, bo tyle nieszczesc na mnie spada, a jeszcze nikt mnie nie rozumie...

Wy pewnie wiecie o co chodzi...

Trzymajcie sie dzielniej niz ja ;) Szczagolnie te, ktor maja realny powod do zmartwien - Ilonka, Suzi i inne, ktore pewnie przeoczylam szybko nadrabiajac wiele stron na forum.

Takze dzis poniedzialek i mam nadzieje, ze bedzie lepszy. W zeszlym tygodniu bylo chlodno i nieprzyjemnie (20-23 stopnie, wietrznie i deszczowo :P), ale wczoraj lato wrocilo. Jako ze w dzien za goraca na spacer z psem ,to w czasie lunczu wybieramy sie na basen, a spacer wieczorem. I oby to byl dobry dzien, choc boje sie, ze jeszcze moja zarwana nocka moze mi sie czkawka odbic, ale coz poradze, ze budzilam sie co pol godziny, jakies dziwne sny, bezsennosc.

I znowu zaczelam marudzic. Przepraszam. Dobranoc :)
 
dziewczyny czy wasi partnerzy chcą być przy porodzie? i czy będą?(czy u was w szpitalach sie płaci za obecnosc partnera? u mnie płaci się 100zł)

Mój np . Bardzo chce być :) ale jak spytałam czy przeciął by pępowinę to widać,ze przeraza go to:)
Mój uważa to za normalne i naturalne, podobnie jak wspólne wizyty w szkole rodzenia. Mówi, że przeciez sam tez musi sie wszystkiego nauczyć;-)

Wikasik u mnie też smutno. Jakiś taki dzień...Doskonale Cię rozumiem.
Jutro wizyta kontrolna u lekarza. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok.
 
reklama
Jasne, ze bedzie :)

Jestem zla, ze z tego wozka nic nie wyszlo. Ale w ciemno nie kupimy. W sobote szukalismy razem z mezem w gazetkach dzieciowych i na necie innych wozkow. Nie znalazlam zadnego, ktory mialby wszystkie cechy, na ktorych mi zalezy. Jeden wysuwa sie na prowadzenie. Ciekawe jak bedzie po obejrzeniu w sklepie...

Takze Fyna pozegnalam chyba definitywnie.
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry