Ciesz się, że nie masz mdłości mówili, jesteś szczęściarą skoro nie rzygasz często to słyszałam... jednak parszywe samopoczucie to jest w pewnym stopniu gwarant, że ciąża rozwija się prawidłowo... ja czułam się znakomicie fizycznie natomiast psychicznie nie dawało mi to spokoju i pewności że wszystko jest dobrze... no i nie jest jutro mam się udać do szpitala na wywołanie poronienia... więc cześć trzymajcie się zdrowo i powodzenia... ja mam dość tego życia....
EDIT:
Nie, nie i jeszcze raz nie!!! chwilowo się wypłakałam i wykrzyczałam i zaczęłam myśleć. Do ciężkiej cholery dlaczego mam się poddać? Absolutnie nie pójdę jutro do szpitala. Pojadę do laboratorium w celu pobrania krwi na bhcg i do innego lekarza, a za dwa dni znowu zrobię betę, chyba że można by od razu na drugi dzień ale chyba przyrasta co dwa dni? Jestem wkurzona, zła, zrozpaczona ale przecież mogę dać NAM jeszcze tydzień? tak pragnę usłyszeć to maleńkie serduszko... bo sytuacja wygląda tak: po pierwsze to chwilę przed moim wejściem do gabinetu przyszedł do doktora człowiek w jakiejś prywatnej sprawie aczkolwiek mocno go zdenerwował i gdy ja już weszłam na badanie to był nie w sosie, więc bez większych pogawędek ja od razu na fotel no i próbuję go zagadać, mówię że się dobrze czuję (mimo że nie pytał) i nie mam tych wszystkich drastycznych ciążowych objawów a on od razu to źle, lepiej gdyby były. No cóż szkoda że nie mówił tego dwa tygodnie wcześniej gdy mu o tym opowiadałam. No nic z fotela zaraz na łóżeczko na usg. Najpierw zaczął robić przez brzuch i od razu mówi nie będę miał dobrych wieści, ciąża się nie rozwija nie ma serca. No jakby obuchem w łeb. Przeniósł się do pochwy i dalej to samo, mimo że zarodek jest większy niż ostatnio to nie ma mowy żeby było dobrze. A nadmienię tylko, że na ostatniej wizycie zarodek miał 3mm a po 13 dniach ma 1cm, no może rzeczywiście mały (z suwaczka wynika, że powinien mieć 1,5cm) ale czy to go przekreśla? Nie określił wielkości pęcherzyka, ani nie wiem czy jest jeszcze ciałko żólte chyba go nie widziałam ale ja się nie znam. Od razu skierowanie do szpitala. Mógł chociaż powiedzieć jak wygląda taka procedura wywołania poronienia a tu nic, z internetu musiałam się dowiedzieć, zresztą mąż zadzwonił do szpitala zapytać co zabrać itd. Ale nie pójdę nie ma mowy. Muszę się uspokoić, wyciszyć i poczekać kolejny tydzień tak postanowiłam i tak zrobię. Bo ***** mać ja tak strasznie chcę tego dziecka, tak bardzo je kocham... i już przeczytałam tysiąc happy historii jak w 10 tyg serduszko zaczęło bić, lub po takiej samej diagnozie ze skierowaniem na łyżeczkowanie serduszko podjęło akcję. Zatem jestem zajebiście dobrej myśli tzn nie jestem ale chcę w to wierzyć...