I jeszcze jedno...
jeśli nie mam na coś wpływu /a życia tacie nie wrócę, czasu nie cofnę, itp./, to minimalizuję - nazwę to - problem, nie przejmuję ię tym i nie zamartwiam; bo od samego zamartwiania, rozmyślania, itp - nic nie zmienię... a ponieważ nie mogę tego zmienić, to zaczynam z tym żyć i to żyć normalnie...
Tego nauczył mnie właśnie mój tato i jestem mu za to wdzięczna...
Co do żałoby - jeszcze przed śmiercią taty, planowaliśmy z Pawełkiem iść na disco lata 70 i 80 w przyszłym miesiącu i chyba pójdziemy... bo mój tato byłby zły, gdyby było inaczej
A wiecie dla mojego męża mój tato był jak ojciec. Jak już wam pisałam miał straszne dzieciństwo... Jego ojciec /a raczej dawca spermy... bo co to za ojciec - tylko biologiczny/ alkoholik i sadysta znęcał się nad nimi i nad teściową, która uciekła do USA w 1990 roku!!! Więc Paweł i jego siostra uciekli do babci i tak żyli...
Potem sie spotkaliśmy, pokochaliśmy, pobraliśmy... i mój tato był jego ojcem... zresztą mój tato traktował Pawła jak syna, albo i lepiej...