Agnieszka punkt widzenia zalezy od punktu lezenia. Bo oczywiscie, sa ludzie co maja gdzie mieszkac ( rodzice, mieszkanie po babci, emigracja) kupuja i wynajmuja. I ja to jak najbardziej popieram. Kredyt sie sam splaca. Ale sa tez tacy co biora kredyt zeby miec gdzie mieszkac. Bo my np. pobralibysmy sie z mezem i co? Mialabym wynajmowac i placic komus do kieszeni jak te sama kwote odprowadzam do banku za swoje? Mieszkac katem u rodzicow przez nascie lat zanim uzbieram kase? Nie wspomne o tym, ze kasa odkladana do kieszeni czy skerpety traci na wartosci. Bo teraz 100000 to jest powiedzmy cos, a za piec lat jak tak dalej pojdzie bedzie tyle kosztowal np. 10 letni samochod.Juz raz tak Pl bylo, ze za spozywke placilo sie w tysiacach. A mieszkania nie traca na wartosci, teraz moze jest chwilowy zastoj, ale mieszkanie zawsze bedzie miec wieksza wartosc jak kasa w skarpecie. My z mezem rzucilismy sie na poczatku malzenstwa na wielki ( jak na tamte czasy i nasze mozliwosci) kredyt 100000 zeta. Wtedy za to kupilismy mieszkanie 3 pokojowe, nowe od dewelopera w jednej z najdrozszych dzielnic Wroclawia. Po 3 latach sprzedalismy je za kilkaset procent wiecej. Popatrz 3 lata i za 100000 nie kupilabym nic. Dzieki kredytowi, pozniejszej sprzedazy mieszkania mam dom tez oczywiscie wsparty kredytem. Ale gdybym teraz ten dom sprzedala, splacila kredyt to dalej mi zostaje duza kwota. Wystarczajaca na pewno na mieszkanie. Moj czysty zysk. A zaczynalismy od 5 tys zeta w kieszeni i kredytu. I nikt w zyciu mi nie powie, ze taka kwote przez 7 lat bym odlozyla.
Tak wiec wszystko ma plusy i minusy.
Ja jestem zwolenniczka kredytow, ale wszystko rozsadnie. Bo banki mamia ludzi a pozniej jest tragedia ze splacaniem, niestety.
A ja dalej sie mecze z okiem. Juz przeszlo tydzien.