Witam,
Długo mnie tu nie było, wczoraj wróciliśmy od rodziców. Dziś sie rozpakowywuje i ponownie przyzwyczajam do tego że prawie całe dnie jestem sama z małym.
U rodziców było w porządku, troche na koniec był zgrzyt, no ale jak to w każdej rodzinie jakieś są.
Mój Miloszek już duży chłopak 7,5 kg waży.
Najad łam sie u rodziców strachu o niego co nie miara.Miał goraczke 39st, wymiotował dwa razy, i robił zielone kupy. Pojechaliśmy do lekarza z nim, a ten daje skierowanie do szpitala, zeby mu zrobili jakieś dodatkowe badania, bo on na "oko" nie powie co to może być.Nabazgrał cos po łacinie na skierowaniu i pojechaliśmy.
Jak lekarka zobaczyła skierowanie z nazwą po łacinie to od razu łóżko dla niego kazała szykowaći mówiła ze mały zostaje, że niby biegunke ma.Ja jej tłumacze, ze żadnej biegunki nie ma i nie miał tylko te nieszczesne zielone kupy i wymioty, doszła jeszce gorączka.Boże o mało sie tam nie poryczałam, bo za nic w świecie nie chciałam go tam zostawić. Lekarka patrzyła na mnie jak na jakąś głupią smarkule, która kłamie zeby nie zostawić dziecka w szpitalu. W końcu kazała zrobic mu gazoskopie i badanie wyszło dobrze wiec nas póścili do domu. Mały jeszcze nastepnego dnia miał lekka temp. ale juz bez wymiotów.
Nie mogę sie nadziwić skąd lekarz taką diagnozę wydał, nie mówiłam mu nic o biegunce, konował jeden, moje dziecko w tym szpitalu jakiegoś choróbska mogło sie dopiero nabawić.