witam mamusie po dłuzszej przerwie
Martynka przyszła na swiat 14 lutego o godz.16.00 przez cc
troszke o samym porodzie i oddziale na szopena
zaczne od presonelu, bardzo pomocny i życzliwy nie spotkałam się z jego strony z niezyczliwością.
porodówka złożona z dwóch łózek przedzielonych parawanem , a za ścianką jeszcze jeden fotel ginekologiczny
na oddział przyjechałam w poniedziałek 13.02, po zbadaniu przez pania doktor podjęto decyzje ze się za mnie biorą od wtorku rano, no więc o 6 pobudka i pierwsze ktg, zero skurczy, po badaniu nadal nic nie wiadomo gdyż szyjka zamknięta rozwarcie na opuszek ,nawet nie maja jak sprawdzić stanu wód bo się nie przebiją, lewatywa i decyzja dostaje oksytocyne, przychodzą skurcze co minute lub co dwie baaardzo bolesne po trzech godzinach znów badanko rozwarcie na palec
co chwilke każą leżec pod ktg na porodówce co było bardzo męczące bo lepsze jednak było chodzenie po korytarzu z mężem, owszem porody rodzinne są ale w pierwszej fazie porodu mąz jeszcze nie moze wejsc na sale, pozostaja tylko spacerki po korytarzu, dopiero juz przy partych moze wejsc na sale. jak tak sobie lezałam na tym ktg obok własnie dziewczyna rodziła no i chcąc nie chcąć wszystko widzialam ale jak jej synka wyciągli to razem z nia płakałam. po kolejnym badaniu gdzie postępu zadnego nie ma pada decyzja o cesarce, każa sie połozyc za scianką, połozna zakłada cewnik ból okropny (jak najgorsze zapalenie pęcherza) i małe golenie, jako ze w ten dzień jakos sie tak strasznie dużo Walentynek chciało urodzić na stół mnie biora ok 15.30, oczywiscie mąz moze byc ze mną musi tyllko ubrac dwuczęściowy mundurek. wchodze na sale operacyjna, każą siadać bardzo miły pan anestezjolog pyta o pare rzeczy i wkłuwa igłe w plecy, nawet nie boli, za chwilke mnie kłada i w koncu zaczynam odczuwac ulge, uff zadnych skurczy zadnego bólu, mąż siedzi za moja głową, szkoda ze nie moze mnie trzymac za ręke, ale rozmawiamy i żartujemy. ja mówie własnie do lekarzy ze w takim stanie to mogłabym juz przeleżec do konca porodu a tu nagle okropny ból bo musieli mnie sciscnąc pod piersiami aby dziecko wyciągnąć, ale poszło, pokazują mi małą i przykładaja do twarzy, po czym biora i wysuszaja i dają na chwilke tatusiowi na ręce, mała zabieraja na noworodki, mąz moze sie teraz przysunąć i trzymac za ręke. jesteśmy szczęśliwi.
zabieraja mnie na sale pooperacyjną i najgorsze 24 godziny, lezenie plackiem bez jedzenia (a bylam bardzo głodna), nie mozna głowy podnoscić. pielęgniarki bardoz miłe pomagaja podają co chcemy, myją itp.
po 24 godz pomagają wstac zaprowadzaja pod prysznic, uff juz lepiej się czuję, dostaje Martynke do siebie i jest juz ze mną do konca pobytu. duży problem mielismy z przystawieniem do piersi bo nie mialam pokarmu mała płakała a akurat trafiła się nie bardzo pomocna zmiana, połozna kazała karmic tylko czym???? pomęczyłysmy się dwie godzinki w koncu dostałam sztuczne mleczko, zresztą tak do konca pobytu w szpitalu nie miałam pokarmu choc inne połozne próbowały pomóc nie wychodziło.
zostało na sztucznym
w 3 dobie zostałam wypisana do domu, a w czwartej przyszło mleczko i zarazem nawał pokarmu, niestety mała nadal nie chce ssać, no więc ściągam pokarm i staram sie 3 razy na dobe dac swoje mleko, reszta sztucznie, dobre i tyle
no wiec nadal jedziemy na butli , ale swój pokarm sciągam i dwa razy dziennie jej podaje
rozmawiacie o lekarzach, ja swoją córe zapisałm do przychodni na rejtana, a co do rusina to tez słyszałm ze bardzo dobry, nawet miałam do niego isc z bioderkami bo mielismy zalecenie w 1 tygodniu odwiedzic ortopede, ale niestety on nie miał juz terminów tak wczesnych i poszlismy do doktora Piwka, tez bardzo fajny specjelista.