Miałam ochotę z Wami wczoraj wieczorem pogadać, ale sił na pisanie już nie miałam. Mąż na meczu z Francją był, a ja sama kąpałam, karmiłam i usypiałam młodą, co skończyło się dzikim rykiem, że trzeba 3 minutki na butlę poczekać, a przecież normalnie jest od razu po ubraniu! Tak się oburzyła, tak się wkurzyła, że aż zaniosła z płaczu. Nałykała się jeszcze chyba powietrza, bo prężyła mi się przy jedzeniu tak, jakby mostek chciała zrobić. I jak normalnie uśpienie na noc to jest 10 minut, tak walczyłam z jedną przerwą jakieś półtorej godziny.
A M. adrenalinka po meczu trzymała do rana, bo jak przed 5.00 skończył karmić małą i przebierać (bo się zalała mlekiem), tak już spać mu się nie chciało i wzięło go najpierw na rozmowy o życiu, a potem na tłamszenie mnie. Przez 15 minut gdzieś obracał mną po łóżku jak szmacianą lalką, żeby znaleźć dogodną pozycję do przytulenia i znaleźć nie mógł. W końcu cierpliwość straciłam, nakazałam wstanie i przyniesienie mi kawy do łóżka. Tylko coś mu długo szło, więc w końcu też wstałam. A teraz ziewam jak hipopotam.
Koncia, kaczorek, haha!!! Ale słodkie odgłosy teraz dzieciaczki wydają, co? Mojej wczoraj wyszło coś w stylu "jaka kota" :-) Ale i tak najbardziej lubię "koj, koj, koj" wypowiadane tylko ze smoczkiem albo paluszkami w buzi :-) :-) :-)