Sama załozylam ten watek to tez wypada mi i swój poród opisac

)
18-tego mialam jeszcze wyznaczona wizyte u ginki na 12 a jak wstalam o 10 zauwazylam krew.. wiec pojechalismy do szpitala. Pomijam ze musialam czekac az zwolni sie miejsce - dwie godziny siedzielismy na izbie przyjec i czekalismy... O 13 pojchalismy na gore - tam pobrali mi krew i dali pojemnik na poranny mocz na nastepny dzien - pomyslalam "no to pieknie - bede tu lezec i czekac. Upal jak cholera, po godzinie zno zaczely sie skurcze i to bardzo regularne. Podpieli mnie pod KTG i stwierdzili ze to malutkie skurcze, ze to na pewno dzis nic z tego nie bedzie. Nic mi nie dawali na wywolywanie. Mnie coraz bardziej bolało. Przed 18 zaostrzyly sie tak, ze chodzac po korytarzu w momencie skurczu lapałam sie sciany bo tak mnie rwało na dole... ale lekarka po kolejnym ktg - lezalam godzine przywiazana do aparatu na lozku w ksztalcie hamaka - takie zapadniete - a wiecie jak sie czuje skurcze na leząco.... powiedziala ze to dopiero 40% skurczow wiec dzis raczej nie urodze. A ja myslaalm ze mi chce wyrwac "dol" w koncu jak mnie zbadala prze 20ta stwierdzila ze rozwarcie postepuje i pojdziemy na porodowke - chciala mi dac oksytocyne itd. Ale najpierw lewatywka - i w kibelku tak mnie juz zaczelo bolec, krew sie lała, a ja nie mialam nawet siły zawołac o pomoc. skurcz co minuta, polozna z korytarza pyta mi sie "co pani tak stęka?" i nagle wpada do mnie i krzyczy O Boze pani juz prze" i biegiem na fotel. wiecej trwalo przygotowanie personelu i sprzetu niz wlasciwa faza porodu. Takze pamietam, że jeszcze o 20.20 byłam w kibelku a Kubus urodził sie o 20.40. Poród na łozku trwał moze z 10 minut. No ale przez to ze to tak szybko poszlo, mialam rozerwaną szyjke.. Ale w momencie gdy polozna wyjeła Kubusia i polozyla mi go na brzuchu to normalnie jakby sie niebo otworzyło. Nagle zapomnialam o bólu.. On zaraz podniosł głowke i jakby spojrzał mi w oczy - to mnie rozmiekczyło. Patrzylismy na niego z Piotrem jak na zjawisko nie z tej ziemi. Na chwilke wziely go zeby pediatra go zobaczyla, potem zawinely w becik i przez całe szycie - a troche to twało trzymalam go na rekach - Piotrek robil nam wtedy zdjecia... Jak skonczylam nie szyc, to zabrali Kubusia na wazenie i mierzenie, Tatusia tez wzieli ze soba

A ja lezalam z tymi rozłozonymi nogami patrzac w sufit ze szczesciem na twarzy. Po kilku minutach przyniesli go na karmienie i tak lezelismy sobie na tej sali do 23.00 Potem zjechalismy pietro nizej na oddzial a Kubusia wzieli na troche do inkubatora na podgrzanie bo troche wymarzł. A ja pare minut po polnocy wstalam i poszlam do niego i nie moglam sie napatrzec. Stalam tam z pol godziny.. ale sil mi juz brakowalo i chcialo mi sie siusiu, wiec poszlam do kibelka, wykapalam sie, i gdy wrocilam do lozka - a pokoj mialam na koncu korytarza... to za chwile polozna przywiozla mi mojego Kubusia, polozyla w lozku obok mnie i tak patrzlam na niego do samego rana... Nie zasnelam ani na chwile... i tak przez caly pobyt w szpitalu...
Z duma moge powiedziec, ze to było piekne przezycie.
Jakby sie ktos pytal... to moge rodzic jeszcze raz... tylko nie za wczesnie jeszcze

))
A to nasza pierwsza fotka - co tam ze w takim stanie, ale same wiecie, że ta chwila jest najpiekniejsza w zyciu...