Jakoś nie mogę się zebrać by opisać mój poród...może tym razem dokończę...

W środę 30 stycznia oglądała mnie położna w szpitalu i stwierdziła, że od ostatniej wizyty nic się nie zmieniło: 1,5 cm rozwarcia szyjka trochę skrócona. Na razie nie urodzę.:-( Umówiłyśmy się na kolejną wizytę 4 lutego.
Wieczorem tego samego dnia zaczęłam odczuwać nieregularne skurcze i bóle krzyża. Pomyślałam sobie, że nie będę się męczyć tylko wezmę pierwszy raz nospę. Przeszło.
Następnego dnia poczytałam w necie, że w ostatnim miesiącu ciąży nie powinno się brać już nospy bo może spowalniać poród więc wieczorem kiedy znów zaczęły się skurcze już nie wzięłam. Przez całą noc z czwartku na piątek odczuwałam jeszcze niezbyt silne co 30- 40 min skurcze potem co 20 min , 15... Powoli stawały się coraz bardziej bolesne i regularne.Rano, kiedy już dość mocno mnie bolało, postanowiłam zadzwonić do położnej. Powiedziała, że ruch na porodówce duży ale mogę przyjechać.

Po przyjeździe do szpitala najpierw zbadała mnie inna położna, która stwierdziła, że może i mam skurcze ale przepowiadające bo ciągle nic się dalej nie posuwa ale jeśli chcę to mam zaczekać na swoją położną, która będzie za jakiś czas. Postanowiłam zaczekać, w końcu jechaliśmy te 60 km z nastawieniem na pozostanie w szpitalu...

Po jakichś 40 minutach zjawiła się moja położna, po zbadaniu doszła do wniosku, że wygląda na to, iż wszystko idzie w kierunku porodu - rozwarcie jest na 2 palce a szyjka miękka. No to kamień spadł mi z serca . Zostajemy. Zaczęła się papierkowa robota, potem przebraliśmy się w ubranka szpitalne i na porodówkę. Po lewatywie położna podpięła mnie pod ktg na pół godz. Skurcze nie wychodziły zbyt silne, potem poszłam na 50 min pod prysznic, który miał przyspieszyć akcję. Bóle krzyża i podbrzusza stawały się koszmarne, polewanie wodą nie wiele pomagało, "gryzłam" ściany i zastanawiałam się jak długo jeszcze to wszystko będzie trwało. Po prysznicu pokołysałam się trochę na piłce, potem znów prysznic i badanie rozwarcia . Bóle cholerne a rozwarcie raptem na 3cm, szyjka "trzyma". Dwie położne które były przy mnie mówią, że raczej nic z tego nie będzie...

Mogę zostać na patologii ciąży albo skierują mnie na patologię i wypiszę się na własne żądanie do domu.

Leżę na tym koszmarnym łóżku i nie dociera do mnie co one w ogóle mówią, gdzie z takimi bólami na patologię to ja już wolę do domu wezmę znów nospę i może mi przejdzie. ..

Ostatnia kontrola rozwarcia przed decyzją i w tym momencie pękł mi pęcherz płodowy...na szczęście...
Teraz dopiero się zaczęło, skurcze zaczęły się coraz silniejsze i coraz częstsze, dostałam termofor na krocze by łagodził ból ale nie wiele to pomogło, prysznic również się nie sprawdził... :-(Znów kontrola rozwarcia - jest na 5cm, położna stwierdziła, że do 2 godz powinnam urodzić ale już nie wstałam z łóżeczka. Skurcz za skurczem powiększał rozwarcie, w biegu szykowały sprzęt na przyjęcie dzidziusia. Ustawiono mnie w pozycji prawie na siedząco, kilka parć w trakcie skurczy i na świat przyszedł Jaś.:-):-):-)
Niestety nie obyło się bez nacięcia- Jaś rodził się z rączką podniesioną do góry i miał bardzo krótką pępowinę. Gdy tętno zaczęło spadać zdecydowały położne o nacięciu.

Chciałabym może jeszcze kiedyś mieć córeczkę, choć nie wiem czy nie będę już za stara ale póki co nie mam ochoty na kolejny poród....
Do szpitala byłam przyjęta przed 10. Jaś urodził się 15.55 w godz po odejściu wód. Najdłużej trwało wszystko do rozwarcia na 4cm.