Mam chwilkę to też opiszę mój porodzik sprzed prawie 6 lat...
Przed porodem leżałam 3 tyg na patologii ciąży z powodu małowodzia i hipotrofii płodu...i to w szpitalu oddalonym od domku o 80 km...więc małżonek mógł mnie odwiedzać tylko w weekendy. Ale żebym to ja leżała na oddziale...niestety nie było miejsc (nie odesłali mnie do domu) więć 3 dni i 3 noce spędziłąm na łóżku porodowym na porodówce czekając na miejsce na oddziale...w dzień był spokój,bo ruch,bo szum i nic nie było słychać ale noce były koszmarne, krzyki kobitek które rodziły...bluzganie lekarzy i komentarze położnych...KOSZMR...Po 3 dniach znalazło się łóżko i dla mnie na normalnym oddziale.
Lekarze ciągle się wahali czy przyspieszyć poród i pozwolić by maluszek przybrał szybciej przy cycoszku czy poczekać aż postanowi sam wyjść do rodziców!!! To leżenie i czekanie doprowadzało mnie do szaleństwa...dookoła naprawdę chore dziewczyny, z podniesionymi nogami (które nawet nie mogły wstawać siusi), cukrzycowe,tarczycowe itd itp...zastanawiałam się co ja tam robię...ale bez powodu przecież mnie nie trzymali...co 2 dni usg i sprawdzanie wagi i przepływów...ale jak pech to pech...co mi jakąś dziwczynę położyli to na następny dzień szła już rodzić i na jej miejsc kładli następną...tylko ja ciągle w tym samym miejscu, na tym samym łóżku

...Minął termin porodu...40 tc...lecilay kolejne dni a ja nadal leżałam...w końcu przenieśli mnie na inne łóżko na koniec oddziału gdzie leżały już przeterminowane, sala nr 13...i znów czekanie...nadeszła sobota, 7 dni po terminie.Przyjechał małżonek...spędziliśmy cały dzień razem,fakt że tylko w sali i w szpitalnym bufecie na herbatce...nastał wieczór i musieliśmy się rozstać!!!Na szczęście został u kolegi na noc, no ale chłopaki sobie pobalowali...do 4tej nad ranem...
O 6tej (niedziela) przyszła położna...termometr, sprawdzenie tętna i karteczki z ruchami płodu, ktg...wynik:"dziś pani na pewno ni urodzi, bo cisza"...-usłyszałam...
Rozbudzona i trozkę zdenerwowana,że znów NIC...postanowiłam wziąć prysznic...a że niedziela to dzień leniwy to nawet na oddziale nic się nie działo z samego rana , więc spokojni mogłam zająć łazienkę na dłużej...
Wstałam z łóżka i pociekło coś po nogach...na początku pomyślałam że chyba się zsiusiałam...usiadłam...chciałam wezwać położną tym takim przyciskiem ale jak na złość nie działał...doczłapałam się w tych mokrych portkach do drzwi..."siostro,chyba wody mi odeszły"-zawołałam...jak było cicho i pusto na korytarzu tak te "przeterminowane" wystawiły głowy ze swych sal jakby obstawiały która będzie następna...nawet nie zdążyłam zadzwonić do męża..rzuciłam tylko kolezane nr tel do neigo zeby go poinformowała...zjawił się już na porodówce po 2 godz z wielkim bólem głowy po baletach z kolegą

...o 9tej zaczęły się skurcze...od razu silne...aż z wymiotami...i dużo krwi...Położne chyba zgłodniały bo poprosiły mojego D. by poszedł do budki pod szpitalem po pieczone kurczaki...i zostałam sama z położną...Fantastyczna babeczka...
Gdy D. wrócił rozwarcie było już na 8...kręciło mi się w głowie (ale to prawdopodobnie po jakiś zastrzykach, które dostawałam)...chodziłam po sali,kucałam...byłam troszkę pod prysznicem...nic nie pomagało...a na piłkę nie mogłam patrzeć...w pewnym momencie zachciało mi się jakby...kupkę...położna wybałuszyła oczy i kazała mi się położyć na łóżko bo już zaczęły się bóle parte...a ja uparcie twierdziłam,że to nie bóle że mi się tylko kupkę chce...bo nagle przestało mnie wszystko boleć...2 parcia i Bartuś był na moim brzuszku...godz. 13.25..pierwsze co zobaczyłam to długą szprotkę z dużymi klejnotami i dużymi stopami...był taki chudziutki i skamlał jak szczeniaczek...2,5 kg i 50 cm...
Mężowi szybko kacyk przeszedł
