Cześć dziewczynki. Wróciliśmy do domku właśnie. Na początku dziękuję za miłe słowa i za to, że o mnie pamiętałyście. Kochane z was babeczki. Widzę, że mój mąż tu opisał poród...
Moja wersja jest taka.
W poniedziałek o 21 podłączona jak zwykle do KTG. Skurcze są co 8 minut. Po pół godzinnym zapisie okazuje się, że coś nie gra. Tętno dzidziusia spada przy skurczu do 90. Biorą mnie na badanie.Rozwarcie na 2 cm. Ale lekarka decyduje się zabrać mnie na porodówkę. Więc wyjeżdzam już z sali na wózku i jedziemy na porodówkę. Tam na początku wszystko super. Położna niesamowicie sympatyczna,podłączyli mnie pod oksytocynę, zrobili lewatywkę itd, ja sobie weszłam na pół godzinki pod prysznic, później badanie... rozwarcie takie samo jak było więc kolejna dawka oksytocyny no i podczas tego cały czas robią mi KTG. Gdzieś koło 24 odeszły mi wody... najpierw czyste. Zaczyna się coś dziać,dostaję jeszcze zastrzyk na przyspieszenie rozwarcia, nagle łapie mnie okrutny ból pod brzuchem. Położna mówi że to szyjka się rozwiera. Bóle są okrutne naprawdę zagryzałam poduszkę w łóżku. Badają rozwarcie tylko 3 cm. Znowu leże pod KTG i odchodzą znów wody. Tym razem zielone... KTG szaleje. Tętno w tych bólach pod brzuchem spada do 50. Zaczynają się szepty .Pojawiają się lekarze. Ja już z bólu padam. Nie kumam co się dzieje bo skurczów prawie nie ma a okropnie mnie boli krocze.
Decyzja zapada w minutę. Cesarka. Dostaję znieczulenie i zaczynają ciąć... i teraz najgorsze chyba chwile mojego życia. Bo zaczynają się jęki lekarzy... gadają o jakiś szelkach ja nic nie rozumiem, nic mi nikt nie mówi. Wyjmują dziecko i zabierają. Chcę go zobaczyć ale odwracają mi głowę.Widzę, że coś jest nie tak. Mały nie płacze, słychać jakieś aparatury. Pytam co się dzieje.. lekarze przy zszywaniu mówią... dziecko owinięte w pępowinę: szyja, ręce. nogi wszystko. Szelki z pępowiny nawet na plecach założone. Pępowina ma 2 metry. Nigdy by samo to dziecko nie urodziło. Po 5 minutach nareszcie mi go pokazują. Mówią... chłopiec... i zabierają.
Zapytałam tylko czy wszystko w porządku... no i na szczęście usłyszałam tę pozytywną odpowiedź. tylko ,że nie mogę go mieć przy sobie bo musi poleżeć w inkubatorze. Wiozą mnie na salę poporodową... do 2 kobiet z dziećmi.
Wyobraźcie sobie moją noc... obok dzieci płaczą a ja swojego nie mam. Dostałam go dopiero o 11. No i kolejny dla mnie szok. Dziecko mnie nie poznało. Ja go przytulam a on płacze i odpycha Ehhh.Szkoda gadać.
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Teraz już synek mnie kocha totalnie. I Jest NAJBARDZIEJ WYCZEKANYM I UKOCHANYM PREZENTEM JAKI DOSTAŁAM OD ŻYCIA.