reklama

Opisy naszych porodów

reklama
Habcia no to gratuluje, żeczywiscie nacierpiałas się, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło i że Maksio jest zdrowy :) wracajcie spokojnie i szybko do formy. Pozdrawiam serdecznie
 
Habcia- jak przeczytałam Twój opis Małżonowi stwierdził, że rzeźnicy nie lekarze!:wściekła/y::angry: tak myślałam, że urodziłas...:-):-)

Kochana- gratulacje i szybkiego powrotu do sił!!!:-D:-D:-D:-D
 
Kurde Habcia no tragedia z tym znieczuleniem! :wściekła/y: A co oni? bali się, ze im kawa wystygnie czy co, że nie poczekali az znieczulenie zadziała? :angry: :no: Aż mi ciary po plecach przeszły jak czytałam Twój opic porodu...

Najważniejsze jednak, że masz już synka przy sobie i jesteście zdrowi w domku. :tak: Jeszcze raz moje gratulki i całuski dla przystojniaczka oraz dzielnej mamy! :-)
 
Boże habcia najchętniej bym Cię przytuliła. Podziwiam Cię że wytrzymałaś 9 godzin skurczy, mam nadzieje że nie były az tak bolesne i częste. Te lekarki to rzeczywiście rzeźnicy, to powinnop się gdzieś zgłosić, jak można kroić człwoieka żywcem?!
Jednak szkoda że nie pojechałaś na Ujastek, tam może by się porządnie Tobą zajęli. I dziwne z tymi skurczami, są kiedy nie trzeba, znikają keidy sa niezbędne. Powinni Ci 6 godzin po odejściu wód podawać antybiotyk bo dziecko jest narażone podwójnie na infekcje. Mi podawali, jestem w szoku że Tobie nie podali i ryzykowali zakażenie. Dobrze że już jesteś po. Napisz coś o Maksiu... ma włoski? jakie ma wymiary?ile apgar dostał? no i czy dużo płacze?
 
habcia chyba miałaś najbardziej tragiczny poród o jakim kiedykolwiek słyszałam, to zgroza żeby tak potraktować rodząca kobietę :szok::szok::szok::szok::szok: żeby anestezjolog nie potrafił zrobić dobrze znieczulenia, nie pierwszy raz słyszę, że kobiety są źle znieczulane, jestem poprostu w szoku :szok::szok::szok:
Gratuluję Ci że to wszystko wytrzymałaś i nie rozniosłaś im tej porodówki ;-) Dużo zdrówka Ci życzę i oczywiście dla maleństwa.
Bardzo ładne imię wybrałaś dla swojego synka :-):-):-)
 
reklama
To może teraz ja opiszę swój poród. W sumie to w porównaniu z porodem Habci i Antar to mój był raczej szybki i 'bezbolesny' ( o ile można tak powiedzieć o porodzie :baffled:).
Wieczorem 21 stycznia nic nie zapowiadało że będę rodzić. Śmiałam się z mężem że znając moje szczęście to pewnie w marcu będę robić więc spokojnie może sobie w pracy zaplanować najbliższe trzy tygodnie przynajmniej. Poszłam spać. W nocy jak zwykle obudziłam się na siku i poszłam do wc. No i siedzę i siedzę i ciągle się leje ze mnie, patrzę i wyszedł ze mnie jakiś paskudny krwawy wielki skrzep, więc już wiedziałam że jest coś nie tak. Obudziłam męża i mówię że jedziemy do szpitala. Prawdę mówiąc to pomyślałam że pewnie Mały gdzieś na nerw ucisnął i mimowolnie oddaje mocz, także byłam pewna że co najwyżej rzucą mnie na patologię ciąży. Dojechaliśmy do szpitala, zbadała mnie pani doktor, stwierdziła że rodzę, rozwarcie na dwa palce i że mam jechać jakiegoś innego szpitala bo tutaj nie ma miejsc :baffled:. Dobrze że nie czułam jeszcze żadnych skurczy, także odebrałam to nawet spokojnie;-). Chciałam jeszcze jechać na mieszkanie się spakować bo oczywiście torba pusta stała w szafie:zawstydzona/y:, ale Małżon stwierdził że może najpierw znajdziemy jakiś szpital gdzie będę rodzic. Pojechaliśmy do Rydygiera, pani mnie od razu zapisała na oddział. M pojechał po rzeczy bo ja już nie mogłam niestety wyjść, a ja się ułożyłam na sali porodowej i czekałam na skurcze. Gdzieś około 8 rano coś się pojawiło, ale w sumie to niewiele mnie to bolało. Na obchodzie lekarz stwierdził że nie ma na co czekać bo poród postępuje ale bardzo powoli, a od początku sączenia wód minęło już sporo czasu i dostałam oksycytynę. I się zaczęło...godz 10 w momencie skurcze co 2 min, moje błaganie o znieczulenie. Gdy je dostałam to w momencie parte bóle i o 12 40 było po wszystkim, tzn prawie bo popękałam i mnie zszywali co było chyba gorsze niż cały poród :-(:-(. Ale wcześniej dostałam synka na brzuch i to była najbardziej wzruszająca chwila w moim życiu. Mój mąż spisał się na medal, był cały czas ze mną, wspierał, trzymał głowę a na końcu przeciął pępowinę. Myślę że gdyby mógł to urodził by za mnie to dziecko:tak:. Pierwsze dni były dość ciężkie, nawet w tym momencie stan mojego krocza daje wiele do życzenia, ani siedzieć, ani leżeć na dłuższą metę, ale jest coraz lepiej. Wczoraj jak wychodziliśmy ze szpitala, przechodziliśmy obok mojej sali porodowej i stwierdziłam że mogłabym przeżyć to jeszcze raz, dla takiego skarba jak moje dziecię :tak::tak:
 

Nowe wątki

reklama
reklama
Wróć
Do góry