Decyzja o cc była dość niespodziewana. Miałam normalne ktg jak co wieczór, Był dość wąski zapis i nie brykał, kazali mi zjesc banana i dalej sie pisał zapis. To był piątek i już późno bo po 22. Jeszcze dostałam około 20 zastrzyk clexane. O 23.30 powiedzieli że trzeba ciąć i od razu mnie zabrali. Musiałam mieć znieczulenie ogólne przez clexane i mimo że nie byłam na czczo bo ważniejsze żeby dziecko szybko wyciągnąć. Mąż oczywiście nie zdołał przyjechać bo mamy ponad 100km do Krakowa. Gdy juz z sali pooperacyjnej zadzwonilam byl już na bramkach zjazdowych pod Krakowem i się rozplakał. Mógł wejść do dziecka od razu jak przyjechał, mały był w inkubatorze. Ja do godz 15 byłam na pooperacyjnej bo czekałam na łóżko na oddziale.
Mały dostał 6 punktow później 7. Wydawało się ze ja juz wyjdę zanim on będzie gotowy. Po 6dniach okazało się ze mam zakażenie rany po cc. Antybiotyk, później zmiana na 2 inne i leczenie. Mały po 10dniach był już ze mną i się nim opiekowałam , brali bo tylko na kąpanie i ważenie. W sumie byliśmy w szpitalu 6,5 tygodnia. 2 dni przed wyjściem wyczyscili mi ranę i zaszyli na nowo. Byłam bardzo szczęśliwa że wreszcie wychodzimy.
W domu byłam 2 dni, okazało się ze rana znów jest zakażona, wypływa ropa. Kazali przyjechać na oddział. Mały został z Mężem w domu a ja znów jestem w szpitalu- jutro będzie 2tygodnie. Mały musiał przejść na mm, ja odciagam mleko i wylewam ale chcę utrzymać laktację . Dziś kończę antybiotyki rana powoli sie zarasta, nie szyją tylko ma sie sama zarosnąć. Ponoć wygląda już bardzo ładnie i są prognozy ze wyjdę do tygodnia.
Psychicznie te 8tygodni mnie wykończyło. Tęsknię bardzo za dziećmi i Mężem i domem.