Nie rzygalam po gazie, jedynie mialam cholernie sucho w ustach. Co do bolu... Jest inny. Silne skurcze w fazie rozwierania, poczatkowo znosnie, jak sie nasilaja z czasem to zaczyna byc ciezko. W pewnym momencie, tuz przed parciem, pojawialo mi sie zawsze uczucie lekkiej paniki - nie wiem skad, jest do opanowania, ale tylko i wylacznie za pomoca swiadomosci ze to normalne i ze nic sie nie dzieje co dziac sie nie powinno. Parcie to kombinacja odruchow i woli. Uklad jest taki, ze np. ostatnio kazala mi polozna przeoddychac pierwsze 2 parte - jeden dalam rade wstrzymac, drugiego juz nie, kazalam jej lapac. Poza samym skurczem, odczuwa sie gwaltowna chec wypychania, wiec wystarczy zgrac sie z wlasnym cialem zeby efektywnie popracowac nad wydaniem dziecia na swiat. Samo przechodzenie dziecka przez kanal rodny tez boli - czuje sie jak wszystko jest naciagniete, jak tkanki niemal pekaja (czasem i pekaja naprawde), przejscie glowki, ulga, kiedy przystaje i znow mocniejsze napiecie przy przechodzeniu barkow, po czym czuje sie jak przechodzi reszta cialka, jak napiecie maleje - to sie dzieje szybko. Karol rodzil sie 3 minuty - 1 skurcz glowka, drugi reszta. Nie jestem matka Polka z gatunku co to bedzie z cierpienia robic powod do chwaly, ale moim zdaniem, porod swiadomy, taki kiedy wiemy co sie dzieje i dlaczego, to nie jest rzecz nie do zniesienia. To jest nawet calkiem fajna sprawa. A wiesz co jest najfajniejsze? Niech mi ktos mowi co chce, ale z calego porodu najfajniejsza jest ta ulga po nim - jak juz dziecko jest i wiesz ze juz Ci sie zaden arbuz przez d... pchal nie bedzie.
Acha! Kwesia lewatywy.. Jak rodzilam w PL, to robili obligatoryjnie, przy bliznietach nie zdazyli i wtedy przekonalam sie ze przyroda i to przemyslala - nim zaczela sie akcja myslalam ze sie zatrulam jak mnie w kibelku "przelecialo". Tu nie robia, ale skurcze mialam od rana wiec nie jadlam nic (z obawy przed "leci wszystko na raz"), po poludniu zaliczylam kibelek w wersji "po przelyk", czyli jednak natura dba o pustke w kiszkach przed porodem.