Dziewczyny, potrzebuje porady moze dobrego slowa. Ciezko spojrzec mi na sytuacje z innej perspektywy, bo nosze pod sercem cale moje zycie i to dla niej robie co moge, zeby miala dobry start. Jestem w 37 tyg ciazy i parter oznajmil mi, ze od poczatku nie zamierzal byc przy porodzie i mam sie od niego odczepic. Wiedzialam, ze sie boi i tak dalej ale nie sadzialam, ze w tak waznym dniu zostawi mnie sama. Nie boje sie porodu. Po prostu nie rozumiem czemu nie moge miec wyboru czy chce, zeby przy mnie byl czy nie. Boli mnie to, ze nie liczy sie z moimi potrzebami. W koncu to wszystko dzieje sie w moim ciele i to ja bede musiala podolac. Tatus srednio sie angazuje i byc moze to przez moja zaangazowanie za nas dwoje mam teraz taka sytuacje. Sama kupilam cala wyprawke dla corki, sama chodze na wiekszosc badan. Jestem samodzielna i nie prosze nikogo o pomoc, ale jest mi cholernie przykro, ze bede sama. Placze kolejny dzien jak tylko o tym pomysle. Przesadzam przez hormony? Pomozcie mi sie z tego wygrzebac