paradoksalnie to by może pomogło
probowalam tak ze swoja. probowalam zmywac, pomagac w gotowaniu, sprzatac - niestety wyrywala (doslownie) mi wszystko z rak. jak powiedzialam, ze chce pomoc, to uslyszalam ze nie jestem u siebie. jesli udalo mi sie cos zrobic, to robila to jeszcze raz: np prasowala swiezo uprasowane koszulki. nie mowiac o praniu czystych (zawsze przed wylotem do PL wszystkie nasze ubrania sa poprane i poprasowane - zeby nie bylo ze jej syn w brudnych chodzi).
u nas w domu, robi to samo - tylko, ze nie mowi ze jest u siebie - po prostu ja zamiote, pojde na gore domu i slysze ze idzie bierze szczotke i zamiata jeszcze raz. wiec ogolnie schodze, wyrywam szczotke i mowie "grzecznie"- DRUGI RAZ NIE TRZEBA. no to wyjmie ta szczotke za godzine...
z reszta tak sobie mysle, ze chyba i tak mam szczescie - przebywamy w jednym domu raz, gora dwa razy w roku przez tydzien.
ja jestem po rozmowie z moim J. w sprawie tego kredytu. przyszedl prawie ze lzami w oczach i przepraszal, ze na prawde nie wiedzial, ze kredyt wzial jego tata - okazalo sie, ze dostal lepsze warunki niz my bysmy mieli. Maz zaznaczyl, ze powiedzial ojcu, ze dziekuje za pomoc, ale powinien sie spytac. Jego tata tez przeprosil.
poprosilam go, zeby mowil mi o wszystkim. nawet jesli wie ze sie z czyms nie zgadzam.
ja zaznaczylam ze nie ma prawa mowic mi ze zle odnosze sie do jego mamy - a juz na pewno nie po tym wszystkim co mi powiedziala, przez czas gdy jestesmy razem.
J. powiedzial, ze rowniez rozmawial z matka o jej przyjezdzie tutaj, i ogolnie o jej stosunku do niego i do nas. powiedzial jej ze teraz ja i Adas jestesmy jego rodzina i jestesmy dla niego najwazniejsi. ze do Polski nie wrocimy i zeby sie z tym w koncu pogodzila. ze tu mamy prace, tu jest nasz dom - ona nie musi byc szczesliwa z tego powodu - wazne ze my jestesmy. poprosil ja zeby to w koncu zrozumiala. zaznaczyl, ze ja bede mu mowic o wszystkim, wiec prosi ja zeby liczyla sie ze slowami. powiedzial ze ma nadzieje, ze ona sie kiedys zmieni i zrozumie - bo powiedzial jej, ze powodem wyprowadzki z domu i wyjazdu za granice byl klosz pod jakim kazala mu zyc.
widzialam, ze bylo mu strasznie przykro. i wiem, ze duzo go kosztowala taka rozmowa. i bardzo bym chciala, zeby to byla jedna z ostatnich, chociaz oboje stwierdzilismy, ze jego matka sie nigdy nie zmieni - ale bedziemy w to wierzyc
ustalilismy rowniez zasady postepowania jak Maly sie urodzi - ze to my go wychowujemy, kapanie, ubieranie itd. nalezy do nas - a jego mama jest DO POMOCY bardziej w domu niz przy dziecku. z reszta znajac siebie pewnie jej do malego nie dopuszcze nawet...
teraz tylko czekac na przylot "mamusi" wiec na pewno tu jeszcze wroce
