Moja szanowna teściowa to typ "mam wszystko w nosie". Nie mam pretensji, że nie dołozyła się nam do slubu, bo niby z czego miała to zrobić. Mieszka dwie wiochy dalej, ale ma "lewego" wnuka (od drugiego syna) parę dni starszego od mojej córci, który mieszka w tej wiosce pomiędzy nami. Tam jest praktycznie co tydzień, a do nas przyjeżdża raz do roku. Polegać na niej nie można, kiedyś chciałam zostawić u niej moich smerfów, zadzwoniłam, omówiłam się, że ich przywiozę, a ta krowa pojechała sobie na pół dnia ze znajomymi na wycieczkę, a opiekę nad moimi dziećmi chciała powierzyć swojej 16 letniej córce i swojemu mężowi (ojczymowi męża) wstrętnemu pijakowi, który ani dnia bez jabola nie wytrzyma. No i nie zostawiłam ich, wzięłam ze sobą, było mi ciężko, ale jakoś musiałam sobie dać radę. To był już nie pierwszy taki przypadek. Ogólnie rzecz biorąc: do niczego nigdy się nie wtrąca (i to mi odpowiada), ale ta jej obojętność jest wkur.... No tak pomyślcie, chyba i nadmiar i za mały kontakt z teściową jest szkodliwy - tylko gdzie złoty środek?