W sobotę zgłosiłam się do szpitala. Niestety w weekendy nie wykonują zabiegów itp więc pobrali mi krew(morfologia itp). Całą niedziele mój partner był ze mną więc jakoś zniosłam to. W poniedziałek po ostatnim usg podano mi cytotec na wywołanie poronienia. Po 4 godzinach krwawienie bardzo się nasiliło i bóle brzucha też

Na szczęście podali mi zastrzyk przeciwbólowy... Zaraz po nim jak byłam w toalecie jajo płodowe ze mnie dosłownie wyleciało

Przepraszam za szczegółowy opis :/ Pielegniarka włożyła je do specjalnego słoiczka(mają zrobić badania). Po 2 godzinach mocnego krwawienia uspokoiło się. Brzuch przestał boleć, czułam ulgę że już po... Jednak na drugi dzień we wtorek powiedziano mi, że muszą zrobić łyżeczkowanie... Uparłam się na kontrolne usg. Zrobili i niestety znaleźli resztki po poronieniu

Po 10 miałam zabieg. Lekarz uspokoił mnie i powiedział, że postara się jak najmniej ingerować, bo resztek jest mało. Poł godziny po zabiegu obudziłam się. Po godzinie wstałam do toalety. Żadnym bólów brzucha, mocnego krwawienia, zawrotów głowy. Widocznie mam końskie zdrowie... Krwawienie delikatne bardzo. W środę mnie wypisali, dostałam zwolnienie za pobyt w szpitalu plus 14 dni. Ale nie wiem czy nie przedłuże bo czytałam, że po łyżeczkowaniu nie powinno się dźwigać pewien czas a u mnie w pracy nie uniknę tego

I jeszcze łapią mnie straszne, rwące bóle dolnej części kręgosłupa. Wczoraj wieczorem nie mogłam zasnąć przez ten ból. I dziś w południe miałam znowu ;( Aż popłakałam się tak bolało. Nie dam rady pracować z takimi bólami ;( Poprosiłam koleżankę z pracy, żeby przekazała kierowniczce, że poroniłam. Powiedziała "O Mój Boże, ale jej współczuję". Obawiałam się, że jak wrócę, ze zwolnienia to otrzymam wypowiedzenie...Ale chyba zrozumieją moją sytuację...Z błahego powodu nie brałam zwolnienia. W pracy duzo dźwigania i bałam się, że poronię... Ale i tak poroniłam ;(
Z opieki w szpitalu jestem bardzo zadowolona, z warunków również. Bardzo mi pomogło to, że czułam się tam prawie jak w domu